Aktualnie przeglądasz kategorię Codziennik Galveny
Wyświetlam 11 - 20 z 32 notek

Ostatnie tygodnie ciąży i inne wydarzenia

  • Napisane 22 kwietnia 2014 o 08:50

Ostanie tygodnie ciąży dały mi nieźle w kość. Wiadomo, nie mogłam spać, nogi mi spuchły i  mimo ciepłej słonecznej jesieni paradowałam w kloszach, ból rąk nie dawał mi spokoju i w dzień i w nocy, a na końcu rozszalało się ciśnienie..  Komputer odmówił współpracy, a później czas uciekał, noworodek zmienił się w niemowlę i  potoczyły się dni, tygodnie i w końcu miesiące…

13 listopada

Wylądowałam na oddziale patologii ciąży w szpitalu na Inflanckiej z cholestazą, obrzękami i nadciśnieniem. Wydarzenie to pogłębiło na moją frustrację, bo szpital to dla mnie udręka totalna.

Na szczęście towarzystwo w pokoju dopisało…(pozdrowienia dla Magdy P.), położne wesołe, wyrozumiałe i serdeczne.

18 listopada

No i rachu ciachu i Igusia wydostała się z przytulnych odmętów mojego brzucha…

Poszło szybko, ale nie powiem, żeby lekko. Panienka sporych rozmiarów była (56 cm  i 3710 g). To niby nic, ale obwód jej główki (35 cm) sprawił mi odrobinę dyskomfortu…:) . Znieczulenia nie dostałam, ponieważ wszystko potoczyło się  w tempie ekspresowym (T.ledwo zdążył dojechać…). Na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie i w drugiej dobie wyszłyśmy do domu. Emka była zachwycona (choć później przyznała,że siostrzyczka  w pierwszych dniach była brzydka, niczym nomen-omen…noc listopadowa).

24 grudnia 2013

Wigilia u moich rodziców i pierwszy uśmiech Igusi, raczej mało świadomy, ale prześlicznie bezzębny i uroczy…

5 stycznia 2014

Pierwsze prawdziwe łzy Igi – mama zrobiła straszna krzywdę, smarując języczek aftinem.

15  stycznia 2014

Ogarniam jakoś to wszystko.

Sprzątanie, jakiś szybki obiad, spacer z Igusią, potem pakuję ją w fotelik, jadę po Emkę do szkoły. Później kierat domowy, jest trochę pracy, ale, to trochę dziwne…odczuwam  w tym wszystkim radość jakąś…

Emka radzi sobie doskonale, usamodzielniła się bardzo…bez większych problemów radzi sobie z nauką, sama pilnuje odrabiania lekcji i bardzo mi pomaga, zajmując się przez chwilę siostrzyczką, z dumą nosi ją na rękach i czyta jej książeczki. Nie, no idylla po prostu…

28 stycznia 2014

Igusia wisi na cycku i je i je…a a waga rośnie. W pełni swej okrągłej buzi, cudnych wałeczków i tłuściutkiej pupci zasługuje na ksywkę Pulpecji…

6 lutego 2014

Emka wypadła na półrocze fantastycznie…same piątki i dwie czwórki…mój kujonek cudny, uczennica najzdolniejsza. Młodsza też odnotowuje postępy, mianowicie patrzy jakoś tak przytomniej i rewelacja – odpowiada uśmiechem na uśmiech…Ale mam zdolne dzieci…

19 lutego 2014.

Iga odkryła swoje cudne pulchne rączki. Piąstki wpycha do buzi już od tygodnia, ale teraz  z ogromną uwagą i wielkim, niemym „oooo….”przygląda się rączkom i paluszkom. To musi być zachwycające odkrycie…

3 marca 2014

Pierwsze próby głośnego, radosnego śmiechu  podczas zabawy w „idą raczki  nieboraczki”.

Że są rączki , to Iga wie już na pewno, ale że są mięciutki i cieplutkie, to właśnie sprawdza i z wielkim zawzięciem wpycha je do  paszczy, ćumka, mlaszcze, a ślinotok ma przy tym nieprawdopodobny…

16 marca 2014

Pierwsza wizyta na basenie. Wyprawa jak na wojnę…pieluchy, mokre chusteczki, ubranka na zmianę, balsamy, kremy, ręcznik, kocyk, pieluchy do pływania oraz tysiąc innych niezbędnych gadżetów…w drodze Iga darła się, jakby obdzierano ją ze skóry. Gdy dotarliśmy na miejsce, odczekaliśmy w kolejce i wreszcie dostaliśmy po kluczyku do szafek, okazało się, że Emka nie wzięła „stanika” od kostiumu i nastąpiła rozpacz i szlochy,że bez stanika, to ona nie wyjdzie do ludzi

Jak wiadomo, potrzeba matką wszelkich pomysłowych rozwiązań i Emka wykorzystała swoją czarną podkoszulkę. Pozawijała, ponaciągała i zadowolona wkroczyła na basen. Igusi bardzo przypadło do gustu pławienie się w chłodnej wodzie,  ale wyraźnie zadowolona była w jacuzzi, gdzie T. zabrał ją, by wygrzała swoje tłuściutkie nóżki w gorącej wodzie.

18 marca 2014

Iga wybrała się ze mną na nowy rodzaj spaceru – wsadziłam ją do nosidła, twarzą do świata i poszłyśmy na wycieczkę po naszym osiedlu.  Była wszystkim bardzo zainteresowana, dotykała kory drzew, młodych, malutkich listków i gałązek. Gdy wracałyśmy zaczął padać lekki deszcz i to dopiero była niesamowita frajda.

4 kwietnia 2014

Dzisiaj Iga zauważyła obecność naszej suczki…to było niesamowite:  zobaczyłam ,że ona zobaczyła.  Dla takiego malucha- sralucha wszystko jest niesamowite i zadziwiające. Takie nagłe dostrzeżenie jakiegoś nowego kształtu, czy stworzenia to odkrycie niemal epokowe, a ja zauważyłam ten moment!

6 kwietnia 2014

Kolejne nowe dokonanie…udało się samodzielnie odwrócić na brzuszek.  Leżała sobie na macie i kopała zawzięcie w grającego kraba, gdy robiąc zamach nogami odwróciła główkę w stronę Tv, z którego wydobył się rozdzierający dźwięk rozpoczynających się reklam i tak zupełnie niechcący Iga znalazła się na brzuszku. Zaskoczenie w jej oczach było bezcenne…

10 kwietnia 2014

Od dłuższego czasu walczę z czerwonymi plamami na buzi Igusi, które robią się coraz bardziej czerwone i łuszczące się. Przypuszczam, że to alergia pokarmowa i od trzech tygodni nie jem produktów mlecznych ,ale niewiele to pomaga. Umówiłam się już do alergologa i z małą i z dużą córką. Mała – wiadomo: skóra, a duża – ma ustawiczną chrypkę od października (pediatra i laryngolog stwierdzili, że ni się złego nie dzieje).  Oczywiście trzeba iść prywatnie, bo NFZ proponuje wizytę u alergologa za mniej-więcej 8 miesięcy.

12 kwiecień

No to jednak Atopowe Zapalenie Skóry (na szczęście łagodne) spowodowane alergią pokarmową. Iga dostała leki,maści i kosmetyki, ja natomiast listę zakazów jedzeniowych…hmmm…może trochę schudnę.

14 kwietnia

Emka miała robione testy skórne i wyszły tylko trzy alergeny (pierze, kurz i pleśń). Wszystko by się zgadzało z tą chrypką – w październiku zmieniłam Emce kołdrę i poduszkę na puchowe…Teraz generalne porządki -wywalamy pościel, dywan, koniec z kurzołapami pluszakami oraz innym badziewiem, powystawianym na półki.

 

To już wrzesień???

  • Napisane 17 września 2013 o 12:14

 

Czas pędzi, jak oszalały…Na wszystko brakuje mi czasu albo siły.

Od połowy lipca dostawałam sporo zleceń, tak więc na nadmorski urlop wybraliśmy się dopiero od 17 sierpnia.

Wróciliśmy – to natychmiast, tzn. następnego dnia było już rozpoczęcie roku szkolnego  i w  w zawiązku z tym masa spraw do załatwienia…

Czwarta klasa Emki zaczęła się dość szybko – nie było czasu nas powolne rozkręcanie się dzieciaków  po wakacjach, jak to było do tej pory. Nauczyciele zadają do domu bez skrupułów, już w drugim tygodniu były kartkówki, w tym tygodniu trzy sprawdziany z przyrody, matematyki i angielskiego, a dzieci jakoś nie chcą tego tak szybko ogarnąć  i wdrożyć się w szkolny rytm…

Tydzień temu, będąc w 30 tygodniu ciąży poszłam zrobić zaległe badanie USG i trochę się zdziwiłam,bo lekarz określił wiek płodu na 32 tydzień. Ok. , tak  się przecież często zdarza, ale wróciłam do domu, otworzyłam drzwi pokoju maluszka i ogarnęła mnie panika…

Ten pokój to magazyn i składzik…walizki ( na szczęście rozpakowane po powrocie z nad morza), torba T. przygotowana na trening, dwa kartony wypchane nie wiem czym, dwie skrzynie z narzędziami oraz dwie plastikowe walizeczki z wiertarką i jeszcze czymś… oraz suszarka ze schnącym praniem.

Pomyślałam sobie, że przecież ja mogę urodzić  za dosłownie klika tygodni, a nie mam nic zupełnie przygotowanego. Tak, więc rzuciłam się w wir zakupów. Dzisiaj już mi trochę lepiej, bo kupiłam  wózek – jak wiadomo najważniejsza nowa zabawka młodej mamy…kupiłam także materacyk, ochraniacz I komplet pościeli do łóżeczka, które mam wkrótce otrzymać od K., której synek już wyrasta ze spania w łóżeczko; od A. dostałam ubranka na pierwszy rok życia. Wczorajszy dzień spędziłam,więc na segregowaniu ciuszków  rozmiarami i robieniu notatek co już mam, a czego mi jeszcze brakuje…

Czuję się coraz mniej komfortowo, wielki brzuch przeszkadza mi w codziennych czynnościach, męczy mnie okrutna zgaga i w dzień i w nocy, nie pozwalając mi spać, ostatnio dołączył do tego ucisk na któryś punkt w kręgosłupie, ponieważ przez większość czasu mam zdrętwiałą i prawie bezwładną prawą dłoń.

 

W naszym nowym mieszkaniu jesteśmy już zadomowieni i urządzeni, poranna podróż do szkoły według T. i Emki trwa ok 7 – 10 min i podobno wcale się nie spóźniają.  Ja natomiast po południu wsiadam w samochód, po drodze robię zakupy i odbieram Emkę ze szkoły. Ustaliłyśmy, że najpóźniej będzie odbierana o 14, bo musi mieć przecież czas na odrobienie lekcji i naukę.  Wszystko się jakoś kręci w jako takim porządku, ale  całkiem niedługo,  wraz z pojawieniem się dziecka,  wszystko przewróci się nam do góry nogami, czego na tą chwilę zupełnie sobie nie wyobrażam…

Przeprowadzka

  • Napisane 16 lipca 2013 o 10:27

 

Przeprowadzka do nowego mieszkania to koszmar…

Emka na kolonie pojechała 30 czerwca, a my od razy zabraliśmy się do pakowania. Zdawało mi się ,że to nie będzie wcale trudne, czasochłonne ani męczące. Myliłam się. W naszym  starym mieszkaniu spędziliśmy 10 lat i przez te lata nagromadziło się tyle rzeczy, że nie sądziłam,że w niewielkim metrażu można mieć aż tyle… Nie wiem na przykład po co mi trzy komplety talerzy, trzy komplety kieliszków do wina, dwa komplety filiżanek, szesnaście kubków i inne dublowane przedmioty kuchenne. Ale kuchnia to nic, najwięcej rzeczy, okazało się, posiada nasza dziewięcioletnia córka. Część pluszaków( nienawidzę ich – zbiorowisko kurzu i roztoczy) postanowiłam, że „ zagubi się” podczas przeprowadzki; zestawy garnuszków, filiżanek, domków dla my Little pony i pet shopów, krasnoludków, króliczków i polly – wraz z mebelkami i mieszkańcami, stadnina, dla koni wraz z końmi, gry, lalki, ubranka dla nich, wózek, łóżeczko, barbie i monster high, zestawy plastyczne, piłki, rolki, nadmuchiwane kółeczka i rękawki, klocki lego – jak to wszystko, na miłość boską, zmieściło się  w tym jej niewielkim pokoju… ? Cud jakiś…Zrobiłam przesiew wszystkiego, zarówno zabawek i ubrań Emki, ale też swoich i T. Jednak niewiele to dało. Przy pakowaniu i pozbywaniu się niepotrzebnych rzeczy odczuwałam satysfakcję, że będzie tego mniej. Przy rozpakowywaniu i układaniu w nowym mieszkaniu odczuwałam ponownie frustrację, że jest tego nieskończenie wiele. 

Teraz można powiedzieć, że już wszystko jest zrobione, jeszcze tylko parę drobiazgów, jak rolety, czy zawieszenie firanek i będziemy już mieszkać „pełną gębą”. Emki pokój już prawie gotowy – jest już nowe łózko, „ dorosły” obraz, półki i meble. Wszystko poukładane i wysprzątane. Obiecałam jej, że, jak wróci z koloni to nowiutki i pachnący pokój będzie na nią czekał.

A propos kolonii, to Emka dzwoni raz w tygodniu, podoba jej się, zdobyła 4 sprawności, mieli nocne alarmy mundurowe, podchody, wycieczki chrzest kolonijny, ale bardzo tęskni za nami i za domem…moja dzielna mała córeczka… Ja ze swoich pierwszych kolonii zwiałam po tygodniu. W niedzielę, kiedy były odwiedziny, spakowałam walizkę i na rodziców czekałam przed bramą. Chociaż myślę,że jakby u Emki były odwiedziny, to mogłoby się skończyć podobnie.

Dzień przed wyjazdem Emki poszliśmy wszyscy na USG, podglądać lokatora mojego brzucha…na szczęście wszystko jest w porządku, jak określił przemiły doktor „ okaz zdrowia i urody” Nie miał też żadnych wątpliwości kto tam sobie siedzi wygodnie…będzie dziewczynka…Wszyscy się cieszą.  Emka, bo, jak twierdzi siostra, to siostra, T. bo on woli dziewczynki i będzie kolejna córusia tatusia, a ja, bo wdaje mi się , że z dziewczynką to już umiem sobie radzić…A poza tym, te wszystkie domki, króliczki, lalki i garnuszki wkrótce zmienią miejsce pobytu z jednego pokoju na drugi…I nic w przyrodzie się nie zmarnuje :)

Sześciolatki w pierwszej klasie – przemyślenia po trzech latach

  • Napisane 20 czerwca 2013 o 09:49

W dyskusji o sześciolatkach głos zabierają wszyscy oraz powiedziano już chyba wszystka, co złe i co dobre.

My, trzy lata temu postanowiliśmy naszą 6 letnią Emkę wysłać do pierwszej klasy. Prawda jest taka, że zapisana była do zerówki. Jednak fakt ,że połowa jej przedszkolnej grupy szła do pierwszej klasy, spowodował,że nasze dziecko płaczem i  rozpaczą za koleżankami, zmusiła nas do tego, że 31 sierpnia biegłam truchcikiem do szkoły i przepisałam ją do klasy pierwszej ( 1 września zrobiła to jeszcze jedna mama dziewczynki z naszej grupy).

 

Trzy lata temu  Emka, wraz z większością dzieci ze swojej przedszkolnej grupy, dzielnie ruszyła w objęcia obowiązków szkolnych. Wszyscy rodzice byli zadowoleni z podjętej decyzji. Fakt, że nasza rejonowa szkoła była fantastycznie przygotowana do opieki nad sześciolatkami w pierwszej klasie. Nasze dzieciaki dostały piękną,  podwójną salę, gdzie były stoliki czteroosobowe, jak w przedszkolu. W drugiej części był dywan i regały z zabawkami, grami, klockami oraz lalkami. Wybudowano nowy, przeznaczony tylko dla sześciolatków plac zabaw. Wychowawczyni okazała się mądrą i miłą nauczycielką, potrafiącą zachęcić dzieciaki do nauki. Obiady i podwieczorki  dzieci miły podawane w swojej sali. Wychowawczyni chwaliła klasę. Opowiadała,że nasze dzieci w porównaniu z siedmiolatkami,  chętniej się uczą, chcą wszystko wiedzieć, wszystko je interesuje, bardziej cieszą się z sukcesów, a mniej martwią się drobnymi porażkami, że okazuje się, że sześciolatek w pierwszej klasie jest wszystkiego ciekawy i chętnie podejmuje nowe wyzwania. Te słowa padały z ust nauczycielki,  mimo, że na początku zaznaczała, że nie jest fanką tej reformy. Dzieciaki były na prawdę zaopiekowanie I szczęśliwe. Ale to był jeden taki rocznik. Dyrektorka szkoły stworzyła jedną klasę sześciolatków, więc warunki miały cieplarniane. W następnym roku szkolnym dzieci sześcioletnich w klasie pierwszej było tyle , że trzeba było otworzyć dwie klasy I ta cudowna, wygodna sala, którą miały nasze dzieci została przyznana świetlicy, ale oprócz tego dzieci warunki miały takie same. Czy rodzice tych dzieci są zadowoleni, tego nie wiem.

 

Na koniec  trzeciej klasy, czyli etapu edukacji wczesnoszkolnej,  dzieci przystępowały do ogólnopolskiego testu trzecioklasisty. Na tle dzieci z innych trzecich klas,  a więc z rocznika 2003,  nasze wypadły bardzo dobrze. Z edukacji matematycznej na poziomie klas pozostałych, natomiast z edukacji polonistycznej wypadły najlepiej ze wszystkich klas trzecich.

I tak o to niepostrzeżenie minęło trzy lata w szkole, gdzie nasze dzieciaki rozpoczęły swoja przygodę z edukacją.  Od września pójdą do klasy czwartej  i skończy się zabawa, zaczną się poważne obowiązki. Trzeba będzie poradzić sobie z nowymi wyzwaniami i obowiązkami,  z nowymi przedmiotami  i  zasadami. Czy dadzą radę? Czy po tych trzech latach będą potrafiły na równi z dziesięciolatkami poważnie traktować naukę i  zmobilizować się do większej pracy nad nauką w domu? Nie wiem, nawet powiem szczerze, że trochę się martwię. Moja prawie czwartoklasistka nadal chętniej wyciąga my Little Ponny i  pet shopy, niż siada do odrabiania lekcji, ale odwrotu już nie ma.

Teraz Emka oraz jej klasa zakończy edukację wczesnoszkolną i po tych trzech latach uważam ,że mogę się wypowiadać o sześciolatkach w szkole.

Moja córka, rocznik 2004,  miała być ostatnim rocznikiem, kiedy to rodzice decydować mieli o posłaniu dziecka do pierwszej klasy, teraz sześciolatkami są dzieci z roku 2007 I co ? Też rodzice decydują…Ile to będzie jeszcze trwało?  Powiem szczerze  – ja jestem wściekła na to ciągłe odsuwanie decyzji w sprawie sześciolatków. Co to w ogóle ma być…? Ciągle słyszę za rok, za dwa wszystkie sześciolatki mają iść do pierwszej klasy.  Brak odwagi I decyzyjności rządzących powala mnie całkowicie.

Ja dzisiaj sama nie wiem, czy to dobrze,  że sześciolatki mają mieć obowiązek pójścia do szkoły do klasy pierwszej. Dzisiaj tej decyzji nie umiałbym podjąć. Teraz  martwię się , co będzie za trzy lata, gdy Emka będzie kończyć szóstą klasę i będzie musiała ruszyć  w kolejny etap edukacji – do nieszczęsnego gimnazjum. Czy  tam ktoś popatrzy na roczniki dzieci i stworzy klasę składającą się  z dzieci, które poszły do pierwszej klasy jako sześciolatki?  Czy moja malutka i drobniutka córeczka w wieku 12 lat trafi do jednego wora z młodzieżą nawet  czternastoletnią…? Tego nie wiem , nie wie pewnie nikt, nawet pan premier i pani minister.  Ja na prawdę doskonale rozumiem wątpliwości o obawy rodziców młodszych dzieci, którzy nie chcą posyłać swoich pociech do pierwszej klasy. Chodzi mi tylko o to, że ci którzy posłali swoje dzieci do szkoły w wieku sześciu lat zostali oszukani!!! Tak, oszukano nas,  mówiąc w 2010 roku, że to już przesądzone, że za rok i tak wszystkie dzieci pójdą do klasy pierwszej , więc szanse w życiu, w szkole, na egzaminach wstępnych i na rynku pracy  trzeba wyrównać. A teraz co? Teraz moja córka skończyła klasę trzecia  i nadal nie ma obowiązku szkolnego dla dzieci sześcioletnich. Jak tak dalej pójdzie,  zda maturę i wciąż to rodzice będą decydować o zerówce lub pierwszej klasie. Wkurza mnie to, że słowa premiera nic nie znaczą, co rok można zamieniać zdanie, bo przecież wyborcy, matematyka sejmowa nie zna litości…Dlatego uważam, że czas skończyć tą farsę! Czas podjąć decyzję. Albo dajmy spokój tej reformie i niech każdy decyduje kiedy i gdzie jego dziecko pójdzie do szkoły, albo krótko powiedzieć, nie ma dyskusji,  sześciolatki marsz do pierwszej klasy. Kolejne roczniki słyszą, że to już ostatni raz rodzice decydują…mam nieodparte wrażenie, że chodzi o to, by całą odpowiedzialność zrzucić na rodziców. Coś się nie podoba – trudno  – taka była twoja,  rodzicu decyzja, teraz siedź cicho i nie dyskutuj.

 

Dlatego póki co – nie zazdroszczę rodzicom dzisiejszych sześciolatków podejmowania decyzji  – w tym temacie nie ma w pełni słusznego rozwiązania.  Cokolwiek zdecydujecie, przyjdzie taka chwila, że czegoś  i tak będziecie żałować .

Galopujący czas

  • Napisane 19 czerwca 2013 o 12:39

Od kilku tygodni czas umyka mi w szalonym galopie. Remont nowego mieszkania pochłonął mnie całkowicie, zarówno duchowo, czasowo oraz przede wszystkim finansowo…Cały budżet na artykuły budowlane właśnie mi się skończył, trzymam tylko kwotę na zapłacenie za wykonanie owego remontu dla ekipy . Gdy dzwoni telefon dostaję gęsiej skórki, bo zazwyczaj jest to miły głos pana Józefa, który uprzejmie informuje mnie o konieczności dokupienia farby, kleju, wkrętów oraz kołków rozporowych. A ja z obłędem w oczach podążam do sklepu budowlanego I jadąc na debecie dokonuję tych jakże uroczych I pasjonujących każdą kobietę zakupów.

Przeczytałam w tygodniku, że znana projektantka mody urządzała w jakiejś inwestycji pokazowy apartament i stwierdziła, że to jest świetna zabawa…cóż jak się ma nieograniczony budżet, to może faktycznie jest wesoło, ale jak trzeba wybierać, czy dokupić brakującą farbę, czy oświetlenie do łazienki to już przestaje być fajnie…cóż najwyżej kąpiele w pianie będziemy brać przy uroczych światłach świec…

 

Emka wybiera się odważnie na trzytygodniowe kolonie zuchowe, z możliwością przedłużenia pobytu o kolejny tydzień. Twierdzi córka nasza, że wróci na łono rodziny dopiero po czterech tygodniach, ja nie za bardzo w to wierzę. Emka nie denerwuje się wcale, ja natomiast przeżywam ten wyjazd mocno…trochę się boję, trochę jestem dumna, że moja Emka jest już taka samodzielna i  odważna i trochę się cieszę, że pojedzie, bo będziemy mogli spokojnie przeprowadzić się na nowe mieszkanie, a ona wróci i zamieszka w nowym, ślicznym pokoiku.

Z rewelacji szkolnych, to były, owszem, dlaczego nie…Emka oberwała dwie lufy z religii za pracę na lekcji (notoryczny brak książki…). Po czym poformowała mnie, że jej się na religii nudzi I od następnego roku szkolnego nie życzy sobie uczestniczyć w tych niepotrzebnych zajęciach.  Przyjęłam do wiadomości , ale wykazując się konsekwencją, pod groźbą kary najcięższej(zakaz czytania książek ) zmusiłam mojego małego antychrysta do uzupełniania brakujących tematów w podręczniku. Emka w  atmosferze ciężkiej obrazy – nomen omen- boskiej, fochów i dąsów wykonała polecenie złej matki  i podobno na świadectwie będzie czwórka…Pozostałe wynik edukacji początkowej  są na poziomie rewelacyjnym ,więc zakończyłam czepianie się dziecka, zmęczonego nauką i nawałem obowiązków szkolnych.

 

Z życia ciężarówki, to nie wiadomo kiedy brzuch wylazł mi ogromny i nawet pani w kolejce po warzywa, zaproponowała, że mnie przepuści… (!!!). Nie skorzystałam, bo nie czuje się jeszcze tak bardzo ciężarna. Zupełnie nie wiem kiedy to się stał , ale okazuje się , że właśnie kończę 18 tydzień ciąży. Za niecałe dwa tygodnie wybieramy się cała rodzina na kolejne Usg , tym razem w formacie 3D i może dowiemy się kto tam się zadomowił w moim brzuchu…

 

Przed nami najtrudniejsze parę tygodni, bo w zasadzie trzeba już powoli myśleć o pakowaniu i  przeprowadzce. Potem zacznie się urządzanie, wypakowywanie i przestawianie. Myśl o tym wszystkim przerasta moją wyobraźnię, ale nie będę się tym dzisiaj martwić, jutro o tym pomyślę, a teraz w samochód i jazda po wkręty i komplet kołków rozporowych, bo remont musi trwać i kiedyś wreszcie się skończyć.

Wybitni kierowcy

  • Napisane 7 maja 2013 o 17:24

Bądź tu człowieku szczery…napisałam ostatnio o moich średnio udanych akrobacjach z parkowaniem. No i dostało mi się po łapach.

Ciekawe, że głównie od, zapewne wybitnych, kierowców płci męskiej. Nie mogę zrozumieć dlaczego faceci są tak czuli na punkcie prowadzenia pojazdów mechanicznych przez kobiety, dlaczego to tak im doskwiera…?

Ja kierowcą może wybitnym nie jestem, ale prowadzę samochód dość sprawnie, nie przywaliłam do tej pory w żaden słupek, drzewo, czy latarnię, ani nawet w żaden samochód, motor ani skuter, nie potrąciłam pieszego, nie rozjechałam rowerzysty, nie wjechałam nikomu na światłach w kuper, ani też nie spowodowałam sytuacji,że  ktoś wjechał w mój samochód. Dlaczego zatem, jeśli raz jeden miałam problem z wyjechaniem z parkingu, to muszę wysłuchiwać, że nie każdy jest stworzony do bycia kierowcą, że jak nie umiem, to nie powinnam…, że cały kurs powtórzyć…O co chodzi?

Drodzy panowie- wybitni specjaliści od prowadzenia samochodów – poczytajcie statystyki, kto powoduje najwięcej wypadków, kto najczęściej  jeździ po pijaku, kto przekracza prędkość, kto nie zwraca uwagi na nowo postawione znaki, kto nie sygnalizuje manewrów, kto ma najwięcej punktów karnych,  i  kto parkuje na miejscu dla inwalidów…?  Ojej…co za pech, nie kobiety…

A przy okazji, wszystkim panom, którzy kiedyś pomogli kobiecie (lub też po prostu innemu kierowcy) odpalić samochód, wymienić koło,  otworzyć zamek, zmienić żarówkę, czy nawet( o zgrozo…)wyjechać  lub zaparkować  – serdeczne dzięki.  Pomaganie sobie nawzajem przecież jest fajne  i  przyjemne…ale wiedzą o tym tylko fajni ludzie…

Parkingowe akrobacje

  • Napisane 30 kwietnia 2013 o 11:30

Tydzień zaczął się średnio. Nie dość, że pogoda na długi weekend zapowiada się byle jaka, to jeszcze okazało się, że nie mamy w tym roku zwrotu nadpłaconego podatku, tylko jeszcze musimy dopłacić!!! Zabolało nas to mocno. Zawsze zwrot z podatku przeznaczany był w naszej rodzinie jako ekstra kasa na wakacje, tu dupa zbita  – nic z tego nie będzie. Jakoś trudno mi przejść do porządku dziennego nad tym newsem.

 

Moje poirytowanie wczorajszego dnia sięgnęło zenitu,  gdy wyjeżdżając po południu z osiedlowego parkingu musiałam się nagimnastykować jak akrobata, bo szanowni panowie rozwożący pizzę, tak mnie zastawili, że mało  się nie popłakałam próbując wyjechać i nie uszkodzić samochodu z lewej, z prawej oraz, najbardziej złośliwie zaparkowanego  w odległości 15 cm od mojego zderzaka, samochodu po prawej stronie  z tyłu. Palant jakiś stał na wprost mojej przedniej szyby i uśmiechał się z politowaniem. A gdy już cudem jakimś wyjechałam nie robiąc ani sobie ani nikomu żadnej krzywdy, plant ów wyjął kluczyki i  podszedł do tego samochodu, który właśnie najbardziej przeszkadzał mi w wyjechaniu z tego pieprzonego parkingu. Tak, tak  od razu poczuł się lepiej, dowartościował się zapewne, on to by wyjechał w 10 sekund, mmmm…jakim jest wspaniałym kierowcą, a nie to co baba!!!  On zapewne urodził się z kierownicą w dupie,  ale za to bez gustu I poczucia smaku, bo miał za krótkie spodnie I białe skarpetki.

 

Gdy już zaparkowałam w miejscu docelowym oraz pozałatwiałam wszystkie sprawy, które miałyśmy wraz z mamą tego po południa pozałatwiać, nastąpiła kolejna trudna chwila w tym dniu. Mianowicie zbulwersowana postawą palanta z parkingu pod domem, postanowiłam udowodnić sobie, że wyjazd z ciasnego parkingu nie jest dla mnie niczym trudnym ani strasznym. I tak zaczęłam wyjeżdżać  i  kombinować, że po trzech próbach wyjechania z bezmyślnie wcześniej wybranego miejsca, zakleszczyłam się tak, że zastawiłam uliczkę oraz nie mogłam (oczywiście biorąc pod uwagę swoje kompetencje) ruszyć ani do przodu ani do tyłu…mama cierpliwie, patrząc przez ramie i nie posiadając uprawnień kierowcy, namawiała mnie, żebym jednak wyjechała z tego parkingu, bo mamy jeszcze w planach zakupy…Postanowiłam, że nie zdenerwuję się ani trochę, bo to zupełnie w niczym mi nie pomoże…obeszłam rozkraczony na środku samochód , stwierdziłam, że na pewno nie wyjadę, nie naruszając polisy OC. Wsiadłam do środka i włączyłam światła awaryjne…po chwili nadjechał samochód, którego kierowca niewątpliwie chciał przejechać dalej…wyskoczyłam więc na ulicę i truchcikiem (licząc w duchu , że jednak będzie to jakiś uprzejmy i miły pan) podbiegłam do niego I z wdziękiem i pokorą uprosiłam, żeby  zechciał (jednak  mężczyzna) Pan pomóc mi wyjechać z tej okrutnej pułapki…Pan okazała się prawdziwym rycerzem, natychmiast porzucił swój pojazd i z uśmiechem i  zadowoleniem w oczach przejął kluczyki. Skomentował uprzejmie i szarmancko, że rzeczywiście  mocno się zakleszczyłam. Rycerz mój wykonując: pięć  ruchów kierownicą, dwa  podjazdy oraz trzy delikatne wycofania uwolnił mój samochód z parkingowej pułapki .

Pan był na prawdę bardzo miły, uprzejmy, nie patrzył na mnie z pogardą i wyższością, tylko pomógł i nawet wyglądał na zadowolonego,  co dowodzi na prawdziwość słów, że mężczyźni na prawdę lubią czuć się potrzebni…I tak jedno popołudnie i byłam świadkiem dwóch jakże różnych męskich postaw wobec   „baby za kierownicą”…

Będziesz mieć rodzeństwo, córeczko…

  • Napisane 22 kwietnia 2013 o 11:56

Emka już wie…gdybyśmy wiedzieli, jak zareaguje, to na pewno nagralibyśmy to na pamiątkę.

Nasza córeczka na prawdę popłakała się ze wzruszenia i szczęścia, mówiąc, że spełnia się jej największe marzenie…

 

Owe szczęście trwało do wieczora.

 Dziecko jedyne dla nas, dla jednych dziadków, dla drugich, dla wujka i cioci też jedyna na świecie, popadła w rozpacz. Stwierdziła mianowicie, że już nie będzie najważniejsza, najukochańsza i w ógle naj…Musieliśmy jej wszystko spokojnie wytłumaczyć.  Powiedziałam nawet, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym kogoś równie mocno kochać…Emka wówczas oburzyła się okrutnie i nakrzyczał an wyrodną matkę ;

- Musisz!!! Będziesz wtedy okropna i niesprawiedliwa, musisz kochać swoje dzieci tak samo mocno!!!  Bo inaczej to dziecko będzie nieszczęśliwe i biedne…- wykrzyczała mi moja jedynaczka, a obawy o własną pozycje natychmiast zniknęły….( moje kochane, dobre serduszko…).

 

Oczywiście Wielka Tajemnica została ogłoszona połowie klasy ,oczywiście w Wielkiej Tajemnicy…dlatego od zeszłego tygodnia, gdy wchodzę do szkolnej szatni, czuję się już strasznie ciężarna…

 

Samopoczucie nie zmienia się ani trochę, nie mam mdłości, zachcianek, wstrętu do zapachów, zamęczenia ani senności. W ogóle nie czuję nadal, że jestem w ciąży…jakoś mi z tym dziwnie…bo czasami to nawet zapominam.

Gdy byłam w ciąży z Emką, to co dwa dni sprawdzałam w internecie, który to tydzień ciąży, kiedy termin porodu, jaki to będzie znak zodiaku, kalendarz imion czytany był niemal codziennie, książka pt. „ W oczekiwaniu na dziecko” była zawsze pod ręką, wczesnym popołudniem robiłam sobie krótką drzemkę regeneracyjną …a teraz, to nawet jeden raz nie położyłam się w ciągu dnia…Wszyscy mówią ,że druga ciąża jest inna i kobieta ,mniej to wszystko przeżywa.  Może to racja, choć ja myślę, że po prostu przy drugiej ciąży kobieta nie ma czasu przeżywać każdego kłucia w brzuchu, czy zwracać uwagę na lekką senność w ciągu dnia. Jest tyle spraw i obowiązków do ogarnięcia, że czasem dnia brakuje…

 

Ja teraz też mam tyle spraw, że nie wiem od czego zaczynać…Ten tydzień będzie ciężki, bo muszę załatwić sprawy w ZUSie, co nie jest ani łatwe, ani przyjemne, pojechać do księgowej i ustalić plan działania na najbliższe miesiące, aż do porodu; pojechać z Emką na badania kontrolne, zrobić sobie badania krwi,  odstawić samochód na wymianę opon (śniegu w Warszawie już się chyba nie spodziewamy…?) oraz co najważniejsze i najtrudniejsze rozpocząć remont w większym mieszkaniu….I ten temat przerasta mnie ponad wszystko…nie ogarniam tego logistycznie, koncepcyjnie oraz finansowo. Z jednej strony staram się być  racjonalna i liczę każdą złotówkę, by za dużo nie wydać, a zrobić tak, jak bym chciała, żeby było… Dobrze,że chociaż słońce świeci, wtedy wszystko (przez krótką  chwilę)wydaje się do ogarnięcia…

Nudno nie jest

  • Napisane 15 kwietnia 2013 o 11:13

 

Miałam leżeć, mieć zachcianki i być spokojnie w ciąży…ale oczywiście, nie,  nie mogę ani leżeć, ani mieć humorów, dąsów i zachcianek oraz wszelkiego rodzaju kaprysów.

Mąż mój ukochany trzy tygodnie temu był uprzejmy zadbać o uatrakcyjnienie naszego życia codziennego, aby  nie było zbyt nudne i jednostajne. Wszak brak rozrywek i ciekawych przeżyć powoduje frustracje. Dlatego właśnie postanowił zrobić mi na tydzień przed świętami tę uprzejmość i zadzwonił :

-Cześć…tylko się nie denerwuj…-

(zdenerwowałam się)

-  jestem w bielańskim, coś sobie zrobiłem w nogę, zaraz coś mi z nią będą robić…-

(przestałam się denerwować,   bez sensu robić to na zapas…jest w szpitalu, to tylko noga…)

- ale co ci będą robić? Obcinać…co się stało?

-no…złamałem nogę w kostce…będą mi zaraz nastawiać-

(uff…będzie żył)

Za  40 min znowu dzwoni, że już gotowe, że wsiada w taksówkę i wraca do domu.

Co za widok…dżinsy rozcięte , jeden but, prześliczny świeży gips od palcy po tyłek…No bolało go okrutnie, nie mógł się ułożyć, bo ten gips jakiś masakrycznie długi…szkoda mi go było bardzo.

 

No I się zaczęło. Leży taki połamaniec, ledwo do łazienki się porusza, ale potrzeby ma zupełnie jak zdrowy…śniadanko,herbatka, może cytrynka…za kwaśna , więcej cukru; czas na leki,przeciwbólowe, przeciwzapalne,przeciwzakrzepowe, zastrzyk,okład, to może jogurcik…nie, lepiej kawka, a może jest jakieś ciasteczko; pilot za daleko, wody…a nie ma gazowanej? Poduszki sie przesunęły, a może lepiej jeszcze jedna pod tą nogę…kocyk, gazetka, telefon się rozładował…mmm kanapeczka, ale koniecznie z pomidorkiem I cebulką. To może się zdrzemnę…nie mogę, może okna zasłoń, odsłoń jednak, laptop jest w plecaku, popracuję trochę…gdzie kalkulator…jakiś notes jeszcze…

O rzesz…nie,no jeszcze pierwsze dwa dni, to podchodziłam do tematu z wyrozumiałością, uczuciem I empatią…ale po 3- 4 dniach to już poczułam lekką frustrację…Jestem prawdopodobnie najgorszą żoną na świecie, ponieważ pomyślałam sobie, że jakbym miała swego księcia  w domu 24 godziny na dobę do pełnej (prawie) obsługi, to albo bym uciekła porzucając go w chorobie, albo znienawidziłabym siebie, jego i cały świat…

Po  dwóch tygodniach kolejna kontrola, T. truchcikiem na kulach wchodzi do gabinetu, obiecując, że wyjdzie już z krótkim gipsem. Ja w bufecie zajadam kanapeczkę z tuńczykiem, dbając o prawidłowy rozwój fasolki, przeglądam gazetę…telefon dzwoni.

-   Wracaj szybko…-słyszę zbolały głos – połykam resztę kanapki I lecę, bo może faktycznie będzie miał już krótki gips, może trzeba mu pomóc przejść do innego gabinetu…siedzi na korytarzu, bledziutki I zmartwiony…

- No co tam?

-Konsultacja u ordynatora, coś jest nie tak ze stawem skokowym…prawdopodobnie operacja- informuje mnie mąż słabym głosem.

Po konsultacji oraz trzygodzinnym czekaniu, ustalono, ze następnego dnia zrobią mu operację – jakaś mała blaszka, śrubka, rurka, drucik I będzie cud, miód malina…Przewrotnie, zdradziecko I nazwijmy prawdę po imieniu…po prostu podle, pomyślałam sobie, że kliku dniowy pobyt w szpitalu, na pewno poprawi kondycje złamanej stopy mojego męża. Ale, nie…nie ma tak dobrze, na drugi dzień po operacji do domu…

W kolejnym tygodniu musiałam już jeździć do firmy, papiery, rozliczenia, dokumenty, trochę pomagałam pracownikowi, w międzyczasie lekarz, badania, zebranie w szkole…a na deser oraz w nagrodę za dobre sprawowanie otrzymałam fantastyczną, gwałtowną I całkowicie zwalającą z nóg anginę….

Zaległam w czwartek o świcie, nie mogąc ruszyć nawet palcem…T. musiał odprowadzić Emkę, wyjść z psem,  zrobić zakupy, zawieźć mnie do przychodni, wykupić leki, odebrać Emkę,  na szczęście tylko odgrzać obiad, dopilnować odrabiania lekcji, kąpieli, pory spania, wieczornego spaceru z psem o raz posprzątania kuchni…

A ja w siódmym lub ósmym tygodniu ciąży zajadam się antybiotykami, po prostu cudownie…choć już dziś nie jest źle, a co najlepsze – T. poszedł do pracy!!!!

 


Inne wrażenia

  • Napisane 19 marca 2013 o 12:50

Test z dwoma różowymi kreskami leży schowany w szafce pod wszelaką chemią domową…wczoraj zaglądałam tam sześć razy, dzisiaj dwa.  Jakoś nie dociera to do mnie…Do męża zadzwoniłam, jak tylko zrobiłam test

- Wiedziałem!!! No nareszcie…świetnie, fantastycznie! Udało się!

- Dobra, no nie emocjonuj się tak mocno, bo to jeszcze trochę za wcześnie i nie mów nikomu! A! i nie wygadaj się w domu przy Emce na razie, bo jak coś nie wyjdzie to będzie rozpacz…

Po piętnastu minutach T. dzwoni i szeptem pyta:

- A jak się czujesz…?

- Normalnie, tylko cycki mnie bolą, jak diabli…

- śniadanie zjedz, aha i kawy nie pij…

No już na pewno, od dziś położę się na kanapie i będę ciężarną kobietą,  aż do dnia porodu, słabującą i żrącą śledzia z bitą śmietaną, mająca fochy, dąsy i napady histerii i totalnego wkurwienia na przemian z melancholią,  zraszaną obficie potokiem mych łez rzęsistych…Tak, tak rodzino moja, szykuj się na tygodnie, miesiące pełne napięcia i niespodzianek szykowanych przez szalejące we mnie hormony…ale jeszcze nie dziś i nie jutro…ale powiadam wam – nie znacie dnia ani godziny!!!

Niby wiem, że coś tam się we mnie zalęgło, coś tam szykuje sobie miejsce, ale jakoś niezbyt to do mnie dociera…jeszcze nie bardzo rozumiem, że mój świat się zmieni, że mój dzień nie będzie wyglądał tak jak na przykład dzisiejszy… To znaczy wszystko to rozumiem, już raz świat mi się przewrócił do góry nogami…Ale Emka ma prawie 9 lat i troszkę już zapomniałam, jak to jest …

Samopoczucie moje, jako świeżo zasiedlonego inkubatora, nie uległo  zmianom…w zasadzie czuje się normalnie, nie czuję senności, nie jestem głodna jak wilk, nie mam na nic szczególnej ochoty, nie sikam częściej, niż zwykle, nie mam mdłości, ani zawrotów głowy. Może dlatego jakoś  nie ogarniam tych dwóch kresek na teście…?

Dziewięć lat temu było inaczej…w Boże Narodzenie, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że mam już sublokatora, wpieprzałam hurtowe ilości jedzenia, popijając winem,  na zmianę z domowymi nalewkami przyszłego teścia…Na sylwestrowej imprezie u mojej przyjaciółki wódka wchodziła mi jak woda i kiedy całe towarzystwo było na mocnym rauszu, ja czułam, że jestem trzeźwa, jak świnia. Samopoczucie moje wówczas też nie uległo żadnej zmianie,  pomijając nagłą i jakże miłą dla oka, poprawę wyglądu mojego raczej skromnego dekoltu… oraz fakt, że jadłam tak, że w  pierwszym miesiącu, jeszcze nierozpoznanej ciąży przytyłam ponad trzy kilo..Po  Nowym Roku, zniecierpliwiona czekaniem na wciąż spóźniający  się, niezbity dowód mojej kobiecości, zrobiłam test…zaskoczenie, przerażenie, radość, wątpliwości, niedowierzanie…wszystko to czuliśmy oboje, ale docierało do nas od pierwszej chwili , że teraz będziemy rodziną, że będzie ktoś malutki, kto bez nas zginie w tym strasznym świecie. A teraz sprzątam kuchnie, szykuję kolację dla Emki, przepytując ją z tabliczki mnożenia i nie czuję wcale,  że nasze życie właśnie zamierza się zmienić…


  • RSS