Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'choroba'.
Wyświetlam 1 notkę

Nudno nie jest

  • Napisane 15 kwietnia 2013 o 11:13

 

Miałam leżeć, mieć zachcianki i być spokojnie w ciąży…ale oczywiście, nie,  nie mogę ani leżeć, ani mieć humorów, dąsów i zachcianek oraz wszelkiego rodzaju kaprysów.

Mąż mój ukochany trzy tygodnie temu był uprzejmy zadbać o uatrakcyjnienie naszego życia codziennego, aby  nie było zbyt nudne i jednostajne. Wszak brak rozrywek i ciekawych przeżyć powoduje frustracje. Dlatego właśnie postanowił zrobić mi na tydzień przed świętami tę uprzejmość i zadzwonił :

-Cześć…tylko się nie denerwuj…-

(zdenerwowałam się)

-  jestem w bielańskim, coś sobie zrobiłem w nogę, zaraz coś mi z nią będą robić…-

(przestałam się denerwować,   bez sensu robić to na zapas…jest w szpitalu, to tylko noga…)

- ale co ci będą robić? Obcinać…co się stało?

-no…złamałem nogę w kostce…będą mi zaraz nastawiać-

(uff…będzie żył)

Za  40 min znowu dzwoni, że już gotowe, że wsiada w taksówkę i wraca do domu.

Co za widok…dżinsy rozcięte , jeden but, prześliczny świeży gips od palcy po tyłek…No bolało go okrutnie, nie mógł się ułożyć, bo ten gips jakiś masakrycznie długi…szkoda mi go było bardzo.

 

No I się zaczęło. Leży taki połamaniec, ledwo do łazienki się porusza, ale potrzeby ma zupełnie jak zdrowy…śniadanko,herbatka, może cytrynka…za kwaśna , więcej cukru; czas na leki,przeciwbólowe, przeciwzapalne,przeciwzakrzepowe, zastrzyk,okład, to może jogurcik…nie, lepiej kawka, a może jest jakieś ciasteczko; pilot za daleko, wody…a nie ma gazowanej? Poduszki sie przesunęły, a może lepiej jeszcze jedna pod tą nogę…kocyk, gazetka, telefon się rozładował…mmm kanapeczka, ale koniecznie z pomidorkiem I cebulką. To może się zdrzemnę…nie mogę, może okna zasłoń, odsłoń jednak, laptop jest w plecaku, popracuję trochę…gdzie kalkulator…jakiś notes jeszcze…

O rzesz…nie,no jeszcze pierwsze dwa dni, to podchodziłam do tematu z wyrozumiałością, uczuciem I empatią…ale po 3- 4 dniach to już poczułam lekką frustrację…Jestem prawdopodobnie najgorszą żoną na świecie, ponieważ pomyślałam sobie, że jakbym miała swego księcia  w domu 24 godziny na dobę do pełnej (prawie) obsługi, to albo bym uciekła porzucając go w chorobie, albo znienawidziłabym siebie, jego i cały świat…

Po  dwóch tygodniach kolejna kontrola, T. truchcikiem na kulach wchodzi do gabinetu, obiecując, że wyjdzie już z krótkim gipsem. Ja w bufecie zajadam kanapeczkę z tuńczykiem, dbając o prawidłowy rozwój fasolki, przeglądam gazetę…telefon dzwoni.

-   Wracaj szybko…-słyszę zbolały głos – połykam resztę kanapki I lecę, bo może faktycznie będzie miał już krótki gips, może trzeba mu pomóc przejść do innego gabinetu…siedzi na korytarzu, bledziutki I zmartwiony…

- No co tam?

-Konsultacja u ordynatora, coś jest nie tak ze stawem skokowym…prawdopodobnie operacja- informuje mnie mąż słabym głosem.

Po konsultacji oraz trzygodzinnym czekaniu, ustalono, ze następnego dnia zrobią mu operację – jakaś mała blaszka, śrubka, rurka, drucik I będzie cud, miód malina…Przewrotnie, zdradziecko I nazwijmy prawdę po imieniu…po prostu podle, pomyślałam sobie, że kliku dniowy pobyt w szpitalu, na pewno poprawi kondycje złamanej stopy mojego męża. Ale, nie…nie ma tak dobrze, na drugi dzień po operacji do domu…

W kolejnym tygodniu musiałam już jeździć do firmy, papiery, rozliczenia, dokumenty, trochę pomagałam pracownikowi, w międzyczasie lekarz, badania, zebranie w szkole…a na deser oraz w nagrodę za dobre sprawowanie otrzymałam fantastyczną, gwałtowną I całkowicie zwalającą z nóg anginę….

Zaległam w czwartek o świcie, nie mogąc ruszyć nawet palcem…T. musiał odprowadzić Emkę, wyjść z psem,  zrobić zakupy, zawieźć mnie do przychodni, wykupić leki, odebrać Emkę,  na szczęście tylko odgrzać obiad, dopilnować odrabiania lekcji, kąpieli, pory spania, wieczornego spaceru z psem o raz posprzątania kuchni…

A ja w siódmym lub ósmym tygodniu ciąży zajadam się antybiotykami, po prostu cudownie…choć już dziś nie jest źle, a co najlepsze – T. poszedł do pracy!!!!

 



  • RSS