Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'dom'.
Wyświetlam 1 - 7 z 7 notek

Codzienność

  • Napisane 18 września 2014 o 11:22

Codzienność przegania dzień za dniem. Jest nerwowy poranek, a za chwilę wieczorne rytuały. Nie wiadomo kiedy pewnie zrobi się zima…

Igulinka rośnie w tempie błyskawicznym, co chwila zaskakując nas swoimi osiągnięciami. Gaworzy już pięknie…mama, tata, baba, da, ejjjj cieszą ją równie mocno, jak nas.

Emka uczy się , lekcje też odrabia, choć rzecz jasna niechętnie. Trochę się buntuje i używa magicznego słowa „nie”, ale nie ma dramatu. 

Późnoletnia aura zachwyca mnie każdego dnia. Jest tak pięknie, a i temperatura jest dla mnie wprost idealna, dlatego wrześniowe spacery nastrajają mnie bardzo pozytywnie, choć nie da się ukryć, że po 10 miesiącach z dziecięciem przy piersi, odczuwam niedosyt wolności i samodzielnych wyjść. Ostatnio wyrwałam się z domu na blisko 4 godziny i zdecydowanie odżyłam, tego było mi właśnie trzeba dla zachowania rónowagi, bo już czułam narastającą frustrację księżniczki zamkniętej w wieży…

Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie narastający i odzywający się, szczególnie w chwilach przed zaśnięciem, lęk o zdrowie ojca…coś mu dolega, ale nikt nie wie co…Jestem z tych pozytywnie i optymistycznie nastawionych do życia, więc staram się nie pogrążać w bezsennsownych rozmyślaniach, choć czasem lęk zakłuje…

Raz na klika dni robię spacer do A., która po trzech latach domowej odsiadki z potomkiem została zwolniona w pierwszym dniu pracy…Jestem podła i bez serca, ale cieszę się, bo mam do kogo wpaść na poranną kawkę, a A. nie martwi się też, bo otrzymała półroczną odprawę (tak się robi w amerykańskich korporacjach…), a i współrodzic potomka nie zarabia mało. Nasze córki razem, w jednej klasie, odbywają edeukację wciąż podstawową, więc łączy nas wiele wspólnych problemów wychowawczo-domowych.

Ostatnio, przy rzeczonej porannej kwce, tym razem u mnie odbył się taki oto dialog:

 Ja: Co dziś robisz na obiad…?

A.:kotlety i kalafior, a ty?…bo ja juz nie mam pomysłów…

Ja: eee…potrawkę  z kurczka, takie tam…ale nudne jesteśmy…tylko gary, szmaty i pieluchy…
A.: Noooo….powiedz kiedy my spotkamy się w jakimś niezłym lokalu, przy drinku, z papieroskiem, na taaakich szpilach i z zajebistą pozycją zawodową…?

I obie westchnęłyśmy z rozmarzeniem…ale zaraz przypomniałyśmy sobie czas, gdy obie pracowałyśmy zawodowo i domowo…i czy na prawdę było tak fajnie…? Może właśnie teraz jest fajnie. Jak to jest, że  człowiek zawsze marzy o tym, czego akurat nie ma?

Kiedyś się ogarnę

  • Napisane 24 kwietnia 2014 o 09:40

Ostatnio jestem w ciągłym niedoczasie. Igula postanowiła jeszcze mniej (jeśli to w ogóle możliwe…)spać w dzień. Gdy tylko podstępem niecnym wysmyknę własną, wymęczoną pierś, z jej ciągle głodnej paszczy i posuwając się ruchami płynnymi i bezszelestnymi opuszczam komnatę księżniczki, mając w głowie plany , co też ja teraz w wolnej, upragnionej chwili, będę robić…i gdy już biorę do ręki ulubioną filiżankę z kawą – czarną i pachnącą, rozlega się rozkoszne,nieśmiałe, ale na swój tajemniczy sposób natarczywe kwilenie lub gulganie. I koniec balu panno Lalu. Nie ma prania ani sprzątania. Będzie zabawa…ewentualnie ponowne cycowanie…

W związku z tym,że nie mogę na bieżąco ogarnąć chałupy, robię się zła, zrzędząca i czepiająca się (dwa ostatnie epitety wyartykułowała moja córka duża oraz mąż). Wkurza mnie to strasznie, że gdzie nie padnie moje zmęczone spojrzenie, to widzę zaległą robotę…a to słońce zaświeci i widać kurz na meblach, a to wiaterek wiosenny zawieje i wydmucha spod komody kłaczek kurzu, a to pranie leży mokre w pralce…ciągle coś…a ja niestety lubię mieć ład, porządek i czysto w miarę. Ale, cóż lubisz porządek i czystość – twój problem.

Emka, w przeciwieństwie do sfrustrowanej mamusi, żyje beztrosko i radośnie, mając w głębokim poważaniu wszelakie obowiązki oraz wszelkie inne sprawy. Owszem, lekcje odrobi, ale pouczyć się to już niekoniecznie…co tam, jakoś to będzie. Ale,żeby tylko to…
Kupiłam sobie sliczną, szarą, cieniutką – w sam raz na wiosnę – szaliko-chustę.Mamo, mamo….mogę założyć, zobacz,jak mi pasuje…no owszem, pasuje i ładnie tej mojej córce….dobra weź. Wraca ze szkoły radosna i frywolna…gdzie chusta – pytam złowieszczo. Och…zgubiła się, drobiazg, czego się czepiasz mamo…?

Już wkrótce Emka zuch, zostanie Emką druhną. Będzie wielka impreza na Wojskowych Powązkach – pasowanie na harcerza. Ale…trzeba zakupić dziecku nowe – harcerskie już – umundurowanie. Dobra, dziecko musi mieć, trzeba jechać.Nic to ,że składnica w samym centrum, że korki, że nie ma gdzie zaparkować…mus to mus…T. bierze córeczkę – jadą. Cud – miód -malina: bluza elegancka, pas parciany, pierścień do husty skórzany. Ślicznie…uff…no to mamy załatwione. Mija sobie jeden dzień, drugi i trzeci…Słońce świeci, wiosna kwieci…Mamo, a ja jeszcze nie mam spódnicy do munduru – słyszę słodki głos córeczki, zdradzający pewne zniecierpliwienie nieodpowiedzialnościa matki – a i jeszcze getry…- ręce opadają. Dobra, nie ma to- tamto – mundur galowy musi być. Zaprzyjaźniona znajoma z córką o podobnym rozgarnięciu, odbiera harcerki ze szkoły i jadą. Spódnica jest ( nieco worowata, ale dobra, niech będzie)czarne getry są. Uff…no to z bańki. Mija jeden dzień, drugi, mija trzeci…-mamo, a co z furażerką?aaa…i te getry to są złe, muszą mieć biały pasek i jeszce finkę muszę mieć – informuje mnie beztrosko latorośl. No i czego zrzędzisz mamo, no i co się wielkiego stało…Ożeszku…Pojechaliśmy, kupiliśmy? No, a jakżeby inaczej…jak to, dziecko nasze miałoby być niewpełni umundurowane???Przecież kwiaty pod pomnikiem Powstańców ma składać, jescze jej tę fuchę odbiorą…Cała ta przyjemność kosztowała nas grubo ponad dwie stówy.
Beztroska mojej Emy rozwala mnie…i wyzwala bezwarunkowy i niekontrolowany szczękościsk.

Co jeszcze…?
Jeszcze…to spojrzałam nieco uważniej w lustro- nie rób tego, nie rób…nie patrz – mówiło mi serce. Patrz, przyjżyj się – podpowiadł rozum. Trzeba było serca słuchać…Włosy, onegdaj (czyli przed nawałem roszalałych hormonó, wywołujących laktację)kręcące się- zwisają smętnie, miejscami napuszone, cera blado-szara, oczy przekrwione (bynajmniej nie od przepicia, niestety…) dzinsy, jakowyś opiętę nadto, bluzka utytłana i z plamami produktu własnej piersi, które Igula łaskawa była ulać na moje ramię…nie, no ósmy cud świata. I jak ja mam wyjść na spacer?Ludziom normalnym sie pokazać? A tu jeszce ze śniadaniowej tiwi, blond Jola P., przyczesana na gładko, odziana w niebieską skuienkę, na tle żółtych tulipanów, zerka z przyganą, wymachując chudą nóżką, odzianą w nieludzką szpilę – wstyd, wstyd kobieto, ogarnij się – tak do mnie mówi, na prawdę…
Wychodzi na to,że czas najwyższy się odgruzować. Przysięgam na wszystko – szepczę z przejęciem do zmorowatego odbicia w lustrze – ogarnę się…

To już wrzesień???

  • Napisane 17 września 2013 o 12:14

 

Czas pędzi, jak oszalały…Na wszystko brakuje mi czasu albo siły.

Od połowy lipca dostawałam sporo zleceń, tak więc na nadmorski urlop wybraliśmy się dopiero od 17 sierpnia.

Wróciliśmy – to natychmiast, tzn. następnego dnia było już rozpoczęcie roku szkolnego  i w  w zawiązku z tym masa spraw do załatwienia…

Czwarta klasa Emki zaczęła się dość szybko – nie było czasu nas powolne rozkręcanie się dzieciaków  po wakacjach, jak to było do tej pory. Nauczyciele zadają do domu bez skrupułów, już w drugim tygodniu były kartkówki, w tym tygodniu trzy sprawdziany z przyrody, matematyki i angielskiego, a dzieci jakoś nie chcą tego tak szybko ogarnąć  i wdrożyć się w szkolny rytm…

Tydzień temu, będąc w 30 tygodniu ciąży poszłam zrobić zaległe badanie USG i trochę się zdziwiłam,bo lekarz określił wiek płodu na 32 tydzień. Ok. , tak  się przecież często zdarza, ale wróciłam do domu, otworzyłam drzwi pokoju maluszka i ogarnęła mnie panika…

Ten pokój to magazyn i składzik…walizki ( na szczęście rozpakowane po powrocie z nad morza), torba T. przygotowana na trening, dwa kartony wypchane nie wiem czym, dwie skrzynie z narzędziami oraz dwie plastikowe walizeczki z wiertarką i jeszcze czymś… oraz suszarka ze schnącym praniem.

Pomyślałam sobie, że przecież ja mogę urodzić  za dosłownie klika tygodni, a nie mam nic zupełnie przygotowanego. Tak, więc rzuciłam się w wir zakupów. Dzisiaj już mi trochę lepiej, bo kupiłam  wózek – jak wiadomo najważniejsza nowa zabawka młodej mamy…kupiłam także materacyk, ochraniacz I komplet pościeli do łóżeczka, które mam wkrótce otrzymać od K., której synek już wyrasta ze spania w łóżeczko; od A. dostałam ubranka na pierwszy rok życia. Wczorajszy dzień spędziłam,więc na segregowaniu ciuszków  rozmiarami i robieniu notatek co już mam, a czego mi jeszcze brakuje…

Czuję się coraz mniej komfortowo, wielki brzuch przeszkadza mi w codziennych czynnościach, męczy mnie okrutna zgaga i w dzień i w nocy, nie pozwalając mi spać, ostatnio dołączył do tego ucisk na któryś punkt w kręgosłupie, ponieważ przez większość czasu mam zdrętwiałą i prawie bezwładną prawą dłoń.

 

W naszym nowym mieszkaniu jesteśmy już zadomowieni i urządzeni, poranna podróż do szkoły według T. i Emki trwa ok 7 – 10 min i podobno wcale się nie spóźniają.  Ja natomiast po południu wsiadam w samochód, po drodze robię zakupy i odbieram Emkę ze szkoły. Ustaliłyśmy, że najpóźniej będzie odbierana o 14, bo musi mieć przecież czas na odrobienie lekcji i naukę.  Wszystko się jakoś kręci w jako takim porządku, ale  całkiem niedługo,  wraz z pojawieniem się dziecka,  wszystko przewróci się nam do góry nogami, czego na tą chwilę zupełnie sobie nie wyobrażam…

Galopujący czas

  • Napisane 19 czerwca 2013 o 12:39

Od kilku tygodni czas umyka mi w szalonym galopie. Remont nowego mieszkania pochłonął mnie całkowicie, zarówno duchowo, czasowo oraz przede wszystkim finansowo…Cały budżet na artykuły budowlane właśnie mi się skończył, trzymam tylko kwotę na zapłacenie za wykonanie owego remontu dla ekipy . Gdy dzwoni telefon dostaję gęsiej skórki, bo zazwyczaj jest to miły głos pana Józefa, który uprzejmie informuje mnie o konieczności dokupienia farby, kleju, wkrętów oraz kołków rozporowych. A ja z obłędem w oczach podążam do sklepu budowlanego I jadąc na debecie dokonuję tych jakże uroczych I pasjonujących każdą kobietę zakupów.

Przeczytałam w tygodniku, że znana projektantka mody urządzała w jakiejś inwestycji pokazowy apartament i stwierdziła, że to jest świetna zabawa…cóż jak się ma nieograniczony budżet, to może faktycznie jest wesoło, ale jak trzeba wybierać, czy dokupić brakującą farbę, czy oświetlenie do łazienki to już przestaje być fajnie…cóż najwyżej kąpiele w pianie będziemy brać przy uroczych światłach świec…

 

Emka wybiera się odważnie na trzytygodniowe kolonie zuchowe, z możliwością przedłużenia pobytu o kolejny tydzień. Twierdzi córka nasza, że wróci na łono rodziny dopiero po czterech tygodniach, ja nie za bardzo w to wierzę. Emka nie denerwuje się wcale, ja natomiast przeżywam ten wyjazd mocno…trochę się boję, trochę jestem dumna, że moja Emka jest już taka samodzielna i  odważna i trochę się cieszę, że pojedzie, bo będziemy mogli spokojnie przeprowadzić się na nowe mieszkanie, a ona wróci i zamieszka w nowym, ślicznym pokoiku.

Z rewelacji szkolnych, to były, owszem, dlaczego nie…Emka oberwała dwie lufy z religii za pracę na lekcji (notoryczny brak książki…). Po czym poformowała mnie, że jej się na religii nudzi I od następnego roku szkolnego nie życzy sobie uczestniczyć w tych niepotrzebnych zajęciach.  Przyjęłam do wiadomości , ale wykazując się konsekwencją, pod groźbą kary najcięższej(zakaz czytania książek ) zmusiłam mojego małego antychrysta do uzupełniania brakujących tematów w podręczniku. Emka w  atmosferze ciężkiej obrazy – nomen omen- boskiej, fochów i dąsów wykonała polecenie złej matki  i podobno na świadectwie będzie czwórka…Pozostałe wynik edukacji początkowej  są na poziomie rewelacyjnym ,więc zakończyłam czepianie się dziecka, zmęczonego nauką i nawałem obowiązków szkolnych.

 

Z życia ciężarówki, to nie wiadomo kiedy brzuch wylazł mi ogromny i nawet pani w kolejce po warzywa, zaproponowała, że mnie przepuści… (!!!). Nie skorzystałam, bo nie czuje się jeszcze tak bardzo ciężarna. Zupełnie nie wiem kiedy to się stał , ale okazuje się , że właśnie kończę 18 tydzień ciąży. Za niecałe dwa tygodnie wybieramy się cała rodzina na kolejne Usg , tym razem w formacie 3D i może dowiemy się kto tam się zadomowił w moim brzuchu…

 

Przed nami najtrudniejsze parę tygodni, bo w zasadzie trzeba już powoli myśleć o pakowaniu i  przeprowadzce. Potem zacznie się urządzanie, wypakowywanie i przestawianie. Myśl o tym wszystkim przerasta moją wyobraźnię, ale nie będę się tym dzisiaj martwić, jutro o tym pomyślę, a teraz w samochód i jazda po wkręty i komplet kołków rozporowych, bo remont musi trwać i kiedyś wreszcie się skończyć.

Będziesz mieć rodzeństwo, córeczko…

  • Napisane 22 kwietnia 2013 o 11:56

Emka już wie…gdybyśmy wiedzieli, jak zareaguje, to na pewno nagralibyśmy to na pamiątkę.

Nasza córeczka na prawdę popłakała się ze wzruszenia i szczęścia, mówiąc, że spełnia się jej największe marzenie…

 

Owe szczęście trwało do wieczora.

 Dziecko jedyne dla nas, dla jednych dziadków, dla drugich, dla wujka i cioci też jedyna na świecie, popadła w rozpacz. Stwierdziła mianowicie, że już nie będzie najważniejsza, najukochańsza i w ógle naj…Musieliśmy jej wszystko spokojnie wytłumaczyć.  Powiedziałam nawet, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym kogoś równie mocno kochać…Emka wówczas oburzyła się okrutnie i nakrzyczał an wyrodną matkę ;

- Musisz!!! Będziesz wtedy okropna i niesprawiedliwa, musisz kochać swoje dzieci tak samo mocno!!!  Bo inaczej to dziecko będzie nieszczęśliwe i biedne…- wykrzyczała mi moja jedynaczka, a obawy o własną pozycje natychmiast zniknęły….( moje kochane, dobre serduszko…).

 

Oczywiście Wielka Tajemnica została ogłoszona połowie klasy ,oczywiście w Wielkiej Tajemnicy…dlatego od zeszłego tygodnia, gdy wchodzę do szkolnej szatni, czuję się już strasznie ciężarna…

 

Samopoczucie nie zmienia się ani trochę, nie mam mdłości, zachcianek, wstrętu do zapachów, zamęczenia ani senności. W ogóle nie czuję nadal, że jestem w ciąży…jakoś mi z tym dziwnie…bo czasami to nawet zapominam.

Gdy byłam w ciąży z Emką, to co dwa dni sprawdzałam w internecie, który to tydzień ciąży, kiedy termin porodu, jaki to będzie znak zodiaku, kalendarz imion czytany był niemal codziennie, książka pt. „ W oczekiwaniu na dziecko” była zawsze pod ręką, wczesnym popołudniem robiłam sobie krótką drzemkę regeneracyjną …a teraz, to nawet jeden raz nie położyłam się w ciągu dnia…Wszyscy mówią ,że druga ciąża jest inna i kobieta ,mniej to wszystko przeżywa.  Może to racja, choć ja myślę, że po prostu przy drugiej ciąży kobieta nie ma czasu przeżywać każdego kłucia w brzuchu, czy zwracać uwagę na lekką senność w ciągu dnia. Jest tyle spraw i obowiązków do ogarnięcia, że czasem dnia brakuje…

 

Ja teraz też mam tyle spraw, że nie wiem od czego zaczynać…Ten tydzień będzie ciężki, bo muszę załatwić sprawy w ZUSie, co nie jest ani łatwe, ani przyjemne, pojechać do księgowej i ustalić plan działania na najbliższe miesiące, aż do porodu; pojechać z Emką na badania kontrolne, zrobić sobie badania krwi,  odstawić samochód na wymianę opon (śniegu w Warszawie już się chyba nie spodziewamy…?) oraz co najważniejsze i najtrudniejsze rozpocząć remont w większym mieszkaniu….I ten temat przerasta mnie ponad wszystko…nie ogarniam tego logistycznie, koncepcyjnie oraz finansowo. Z jednej strony staram się być  racjonalna i liczę każdą złotówkę, by za dużo nie wydać, a zrobić tak, jak bym chciała, żeby było… Dobrze,że chociaż słońce świeci, wtedy wszystko (przez krótką  chwilę)wydaje się do ogarnięcia…

Nudno nie jest

  • Napisane 15 kwietnia 2013 o 11:13

 

Miałam leżeć, mieć zachcianki i być spokojnie w ciąży…ale oczywiście, nie,  nie mogę ani leżeć, ani mieć humorów, dąsów i zachcianek oraz wszelkiego rodzaju kaprysów.

Mąż mój ukochany trzy tygodnie temu był uprzejmy zadbać o uatrakcyjnienie naszego życia codziennego, aby  nie było zbyt nudne i jednostajne. Wszak brak rozrywek i ciekawych przeżyć powoduje frustracje. Dlatego właśnie postanowił zrobić mi na tydzień przed świętami tę uprzejmość i zadzwonił :

-Cześć…tylko się nie denerwuj…-

(zdenerwowałam się)

-  jestem w bielańskim, coś sobie zrobiłem w nogę, zaraz coś mi z nią będą robić…-

(przestałam się denerwować,   bez sensu robić to na zapas…jest w szpitalu, to tylko noga…)

- ale co ci będą robić? Obcinać…co się stało?

-no…złamałem nogę w kostce…będą mi zaraz nastawiać-

(uff…będzie żył)

Za  40 min znowu dzwoni, że już gotowe, że wsiada w taksówkę i wraca do domu.

Co za widok…dżinsy rozcięte , jeden but, prześliczny świeży gips od palcy po tyłek…No bolało go okrutnie, nie mógł się ułożyć, bo ten gips jakiś masakrycznie długi…szkoda mi go było bardzo.

 

No I się zaczęło. Leży taki połamaniec, ledwo do łazienki się porusza, ale potrzeby ma zupełnie jak zdrowy…śniadanko,herbatka, może cytrynka…za kwaśna , więcej cukru; czas na leki,przeciwbólowe, przeciwzapalne,przeciwzakrzepowe, zastrzyk,okład, to może jogurcik…nie, lepiej kawka, a może jest jakieś ciasteczko; pilot za daleko, wody…a nie ma gazowanej? Poduszki sie przesunęły, a może lepiej jeszcze jedna pod tą nogę…kocyk, gazetka, telefon się rozładował…mmm kanapeczka, ale koniecznie z pomidorkiem I cebulką. To może się zdrzemnę…nie mogę, może okna zasłoń, odsłoń jednak, laptop jest w plecaku, popracuję trochę…gdzie kalkulator…jakiś notes jeszcze…

O rzesz…nie,no jeszcze pierwsze dwa dni, to podchodziłam do tematu z wyrozumiałością, uczuciem I empatią…ale po 3- 4 dniach to już poczułam lekką frustrację…Jestem prawdopodobnie najgorszą żoną na świecie, ponieważ pomyślałam sobie, że jakbym miała swego księcia  w domu 24 godziny na dobę do pełnej (prawie) obsługi, to albo bym uciekła porzucając go w chorobie, albo znienawidziłabym siebie, jego i cały świat…

Po  dwóch tygodniach kolejna kontrola, T. truchcikiem na kulach wchodzi do gabinetu, obiecując, że wyjdzie już z krótkim gipsem. Ja w bufecie zajadam kanapeczkę z tuńczykiem, dbając o prawidłowy rozwój fasolki, przeglądam gazetę…telefon dzwoni.

-   Wracaj szybko…-słyszę zbolały głos – połykam resztę kanapki I lecę, bo może faktycznie będzie miał już krótki gips, może trzeba mu pomóc przejść do innego gabinetu…siedzi na korytarzu, bledziutki I zmartwiony…

- No co tam?

-Konsultacja u ordynatora, coś jest nie tak ze stawem skokowym…prawdopodobnie operacja- informuje mnie mąż słabym głosem.

Po konsultacji oraz trzygodzinnym czekaniu, ustalono, ze następnego dnia zrobią mu operację – jakaś mała blaszka, śrubka, rurka, drucik I będzie cud, miód malina…Przewrotnie, zdradziecko I nazwijmy prawdę po imieniu…po prostu podle, pomyślałam sobie, że kliku dniowy pobyt w szpitalu, na pewno poprawi kondycje złamanej stopy mojego męża. Ale, nie…nie ma tak dobrze, na drugi dzień po operacji do domu…

W kolejnym tygodniu musiałam już jeździć do firmy, papiery, rozliczenia, dokumenty, trochę pomagałam pracownikowi, w międzyczasie lekarz, badania, zebranie w szkole…a na deser oraz w nagrodę za dobre sprawowanie otrzymałam fantastyczną, gwałtowną I całkowicie zwalającą z nóg anginę….

Zaległam w czwartek o świcie, nie mogąc ruszyć nawet palcem…T. musiał odprowadzić Emkę, wyjść z psem,  zrobić zakupy, zawieźć mnie do przychodni, wykupić leki, odebrać Emkę,  na szczęście tylko odgrzać obiad, dopilnować odrabiania lekcji, kąpieli, pory spania, wieczornego spaceru z psem o raz posprzątania kuchni…

A ja w siódmym lub ósmym tygodniu ciąży zajadam się antybiotykami, po prostu cudownie…choć już dziś nie jest źle, a co najlepsze – T. poszedł do pracy!!!!

 


Jak kobieta w domu „siedzi”….

  • Napisane 21 lutego 2013 o 17:03

Siedzenie w domu jest zajęciem męczącym, nużącym i frustrującym…to wiedzą wszystkie kobiety (oraz mężczyźni…), którzy jakiś czas swojego życia spędzili w domu odchowując potomstwo, bo siedzenie w domu najczęściej wiąże się z tymże obowiązkiem.

Jako, że Emka jest panienką już ośmioletnią, to co nieco już umknęło mojej pamięci, ale teraz od Nowego Roku dziecię moje choruje, to przebywam w domu w sposób stały i ciągły. Tak…i tu właśnie nasuwa mi się pewna myśl – siedzenie w domu – cóż to znaczy? Gdy ktoś mówi o kobiecie, wychowującej w danym momencie dzieci, to mówi ” ona to teraz w domu z dziećmi siedzi….” Czy aby na pewno siedzi?

Jak  wyglądał mój dzień siedzenia w domu z niemalutkim już dzieckiem? A tak:

1. Rano po porannych zabiegach pielęgnacyjnych zaścieliłam łózko, przwietrzyłam oraz poskładałam pozostawioną przez T. odzież wszelkiego rodzaju

2. Próbowałam obudzić Emkę ( z myślą, że jak ona będzie wstawać do szkoły o 7.00), dałam świnkom jeść, bo japy piłowały,  jak tylko weszłam do pokoju Emki.

3. Wzięłam psa i poszłam po świeże pieczywo.

4. Ponownie próbowałam zwlec Emkę z łóżka, gdy to się już udało musiałam przeprowadzić batalię o mycie teraz, a nie po bajce, czy śniadaniu. Następnie pościeliłam łóżko oraz ogólnie ogarnęłam pokój .

5. Zrobiłam śniadanie Emce.

6. Sama zjadłam śniadanie

7. Przeprowadziłam kolejną batalię o natychmiastowe przyjęcie, a nie po bajce, wszystkich lekó , w tym antybiotyku.

8. Posegregowałam pranie na kolory i wstawiłam wodę na kawę.

9. załadowałam pralkę i zdjęłam suche już  pranie (włączyć pralkę to już  zapomniałam)

10. Emka się spociła, więc pilnowałam, żeby się przebrała. Ponownie wstawiłam wodę na kawę.

11. Zdjęłam  skrzynię z zabawkami, do której Emka nie dosięga. Odebrałam telefon od pani, proponującej mi spotkanie w celach zdrowotnych z możliwością nabycia pościeli z owczej wełny.

12. Wzięłam się za brudne naczynia i ponownie wstawiłam  wodę na kawę. Przypomniałam  sobie, że miało się już prać, a się nie pierzę, więc poszłam włączyć pralkę.

13. Zrobiłam sobie kawę!!!

14. Naszykowałam owoce i inne drobiazgi na przekąskę dla Emki. Zrobiłam listę zakupów.

15. Zostawiłam Emce II śniadanie, pilota, książkę i pojechałam do supermarketu na szybkie zakupy.

16. Wyszłam ponownie na spacer z psem

17.  Rozpakowałam zakupy i wstawiłam zupę.

18. Zagoniłam Emkę do uzupełniania lekcji.

19. „razem” posprzątałyśmy klatkę świnek.

20. Złożyłam wcześniej zdjęte pranie i powiesiłam, to co zostało wyprane.

21. Ponowna batalia o leki.

22. Emka zapałała chęcią wytworzenia czegoś pysznego dla tatusia, a więc będzie robić „sama” twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem oraz sałatkę z makreli….

23.  Sprzątam pobojowisko w kuchni oraz szykuję spaghetti bolognese na obiad.

24. T. wraca  pracy, ja podaje obiad.

25. T. odpoczywa po pracy i posiłku, ja ponownie sprzątam kuchnię.

24.  Zaganiam Emkę do sprzątania zabawek, kredek, kartek oraz wszelkich innych niezbędnych do chorowania przedmiotów

25. Usiadłam na kanapie i zamieniam klika zdań z T.

26. Ponownie zaganiam Emkę do sprzątania oraz bronię się usilnie przed zmuszeniem mnie pomocy(czyli posprzątania), no w końcu ile lat mogę sprzątać  i układać zabawki na półkach…?

27. Szykuję kolację dla Emki

28. Oglądam Fakty

29. Awantura (tym razem mniejsza) o leki

30. Rozścielam łóżko Emce, układam i chowam ubrania, wietrzę pokój

31. Uczestniczę w dyskusji o tym, czy warto brać szybki prysznic i mieć czas na czytanie, czy lepiej posiedzieć dłużej w wannie (jednak prysznic…)

32. Emka czyta sobie książkę, ja usiadłam , T. wyszedł na spacer z psem

33. Czytam dziecku bajkę na dobranoc, głaszczę po rączce, całuję, przynoszę wodę, przynoszę chusteczki, ponownie całuję, obiecuję, że będę zaglądać.

34. Zaglądam

35. Emka śpi, ja jestem okrutnie zmęczona oraz bolą mnie nogi, jakbym zrobiła 8 km piechotą….a przecież siedzę w domu!!!


  • RSS