Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'dzieci'.
Wyświetlam 1 - 9 z 9 notek

Codzienność

  • Napisane 18 września 2014 o 11:22

Codzienność przegania dzień za dniem. Jest nerwowy poranek, a za chwilę wieczorne rytuały. Nie wiadomo kiedy pewnie zrobi się zima…

Igulinka rośnie w tempie błyskawicznym, co chwila zaskakując nas swoimi osiągnięciami. Gaworzy już pięknie…mama, tata, baba, da, ejjjj cieszą ją równie mocno, jak nas.

Emka uczy się , lekcje też odrabia, choć rzecz jasna niechętnie. Trochę się buntuje i używa magicznego słowa „nie”, ale nie ma dramatu. 

Późnoletnia aura zachwyca mnie każdego dnia. Jest tak pięknie, a i temperatura jest dla mnie wprost idealna, dlatego wrześniowe spacery nastrajają mnie bardzo pozytywnie, choć nie da się ukryć, że po 10 miesiącach z dziecięciem przy piersi, odczuwam niedosyt wolności i samodzielnych wyjść. Ostatnio wyrwałam się z domu na blisko 4 godziny i zdecydowanie odżyłam, tego było mi właśnie trzeba dla zachowania rónowagi, bo już czułam narastającą frustrację księżniczki zamkniętej w wieży…

Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie narastający i odzywający się, szczególnie w chwilach przed zaśnięciem, lęk o zdrowie ojca…coś mu dolega, ale nikt nie wie co…Jestem z tych pozytywnie i optymistycznie nastawionych do życia, więc staram się nie pogrążać w bezsennsownych rozmyślaniach, choć czasem lęk zakłuje…

Raz na klika dni robię spacer do A., która po trzech latach domowej odsiadki z potomkiem została zwolniona w pierwszym dniu pracy…Jestem podła i bez serca, ale cieszę się, bo mam do kogo wpaść na poranną kawkę, a A. nie martwi się też, bo otrzymała półroczną odprawę (tak się robi w amerykańskich korporacjach…), a i współrodzic potomka nie zarabia mało. Nasze córki razem, w jednej klasie, odbywają edeukację wciąż podstawową, więc łączy nas wiele wspólnych problemów wychowawczo-domowych.

Ostatnio, przy rzeczonej porannej kwce, tym razem u mnie odbył się taki oto dialog:

 Ja: Co dziś robisz na obiad…?

A.:kotlety i kalafior, a ty?…bo ja juz nie mam pomysłów…

Ja: eee…potrawkę  z kurczka, takie tam…ale nudne jesteśmy…tylko gary, szmaty i pieluchy…
A.: Noooo….powiedz kiedy my spotkamy się w jakimś niezłym lokalu, przy drinku, z papieroskiem, na taaakich szpilach i z zajebistą pozycją zawodową…?

I obie westchnęłyśmy z rozmarzeniem…ale zaraz przypomniałyśmy sobie czas, gdy obie pracowałyśmy zawodowo i domowo…i czy na prawdę było tak fajnie…? Może właśnie teraz jest fajnie. Jak to jest, że  człowiek zawsze marzy o tym, czego akurat nie ma?

Życzenia najpiękniejsze….te urodzinowe

  • Napisane 7 września 2014 o 09:21

I znowu czas poleciał jak szalony. Zdążyliśmy być na urlopie w uroczych Dąbkach nad morzem, zdążyliśmy z tego urlopu wrócić, rok szkolny się rozpoczął, kasa wydana…a teraz codzienność czeka. Znowu obiadki, pranie, sprzątanie, zakupy, spacery, odwożenie i przywożenie ze szkoły, lekcje, klasówki…sama radość. 

Igusia nie wiadomo kiedy nauczyła się robić sztywną w stawach rączką „papa” oraz „koci- koci  łapki”, szczerząc się przy tym już dwuzębnym uśmiechem. Cudo nasze…

Emka uparła się natomiast, że będzie rozwijać się językowo i będzie uczyć się języka francuskiego. Na razie zapał i chęci ogromne, ale jeszcze nie odbyła się pierwsza lekcja…

W między czasie, a dokładnie na urlopie, starsza moja córka skończyła bezczelnie i bez pytania o zgodę 10 lat….10 lat!!!Niewiarygodne…jak się nad tym zastanowię, to  nie mogę w to uwierzyć ( nie mogę uwierzyć w to, ile lat mam ja…)

Córeczko moja pierworodna, która uczyniła ze mnie mamę…kochana moja, życzę Ci wszystkiego….a najwięcej życzę Ci  miłości w całym Twoim życiu oraz wielu  marzeń i wytrwałości w ich realizacji … życzę Ci przyjaciół serdecznych, prawdziwych, takich od serca, życzę Ci nocy spokojnych i dni radosnych, życzę Ci łez mało i śmiechu wiele i wszystkiego, wszystkiego co życie  dobrgo niesie…KOCHAM CIĘ najbardziej na świecie, Ty moja mądra dziewczynko o złotym serduszku…

Powroty i wyjazdy

  • Napisane 8 sierpnia 2014 o 10:24

Emka wróciła z obozu…

Kiedy dzieci wysiadały z autokaru i biegły w wyciągnięte ramiona rodziców rozbrzmiewał szloch stęsknonych dzieci a i większość rodziców ocierała łzy wzruszenia. Cóż …cztery tygodnie rozłąki powoduje znaczną odnowę uczuć. Następuje niejako idealizacja charakterów naszych potomków.

Emka wróciła jakby opalona mocno. Opalenizna miała jednak ciekawy i niespotykany kolor szaro-czarny, ze szczególnym uwzględnieniem szyi i okolic za uszami…Opalenizna obozowa zbladła znacząco po godzinnym odmaczaniu w wannie….Na pytanie czemu przywiozłą prawie całe opakowanie żelu pod prysznic, poinformowała nas poważnym tonem, że tamta woda doskonale myje bez takich fanaberii jak mydło lub żel… Plecak, ważący ok. 20 kg, ważył podobnie, z tym,że brakowało kilku części garderby, wagę uzupełnił piach, ziemia oraz części ściółki leśnej.  Zapachy wydobywające się z  owego sakowjaża przypominał nam nieco zapach chat chłopskich , zwiedzanych w skansenie w Łowiczu. Zataczaliśmy się po kryjomu ze śmiechu, wydobywając, oglądając i wąchając kolejne przedmioty z harcerskiego plecaka. Emka zachwycona zarówno pobytem, jak i faktem, że nastąpił powrót na rodzinne łono. Powrót chwilowy, bo już następnego dnia wujechała ze mną oraz Igusią na dziłkę do moich rodziców w okolicach tlenodajnego Kampinosu. Po tygodniu umordowana wróciłam z Iguliną do domu, a Emka kontynuje pobyt z dziadkami. Bawi się tam znakomicie w towarzystwie kilkorga rówieśnikówz sąsiedztwa, wracając jedynie na posiłki oraz na spoczynek nocny i śpi ponoć po 12 godzin…

Zabrać dzieci z miasta to okazuje się, że bawią się tak samo, jak my w ich wieku. Mianowicie urządzaja podchody, poszukiwania skarbów, dziweczyny uciekają przed chłopakami, że niby wcale nie chcą się z nimi zadawać, bawią się w chowanego i graja w piłkę. Wykradają podgniłe papierówki od sąsiadów, jeżdzą na rowerach i tłuką sobie kolana…Nawiększą atrakcją jest oczywiście samochód rozwożący lody. Towarzyszy mu wtedy zgraja dzieciaków biegnących za nim truchcikiem z drobnymi w rękach , a i opiekujący się tymi dzieciakmi dziadkowie mają radochę, bo można zakupić mrożone pierogi i też mieć chwilę wytchnienia od garów.

Igusia tuż po ukończeniu ósmego miesiąca obdarzyła nas piereszym ząbkiem, który rośnie prześlicznie. Siada już prawie sama, w związku  ztym założenie jej czystej pieluchy wymaga od nas  sprytu i kombinacji. Kiedy proszę ja ,żeby powiedziałą MAMA, ona krnąbrnie, z uroczym jednozębnym uśmiechem odpowiada TATAT… Uprzejma była również podczas mojego pbytu na działce, w trzydziestopięci stopnowym upale przejśc tzw. trzydniówkę, podnosząc temperaturę swojego ciała do 39,5 stopnia …było cudnie, wypoczęłam jak nigdy…

A teraz wielkimi krokami zbliża się nasz wyjazd nad morze, ja już zastanawiam się co zabrać ze soba oraz W CO to wszystko zabrać, samochó nasz rodzinny aktualnie zaniemógł lekko i przebywa na hospitalizacji u mechanika, który, jak to mechanik, czasu ma mało i nie może się zabrać za reanimację potrzenego nam auta. Liczymy, wykazując się wrodzonym optymizmem na to, że  jednak zdąży przed terminem naszej podróży na zachodnie wybrzeże, zresztą ponoć przejedziemy autostradami gratis…oby bez korków, bo jakoś nie potrafię znaleźć argumentów, które przemówiłyby do Igi, żeby zdobyła  się  na zrozumienie i cierpliwość stojąc  w gigantycznym korku…ale może żle oceniam swoje młodsze dziecko?

Dzieci listy piszą…

  • Napisane 14 lipca 2014 o 08:36

Wakacje w pełnym rozkwicie, Emka dzielnie walczy na harcerskim obozie…Już był jeden telefon oraz jeden list. W liście treści było niewiele, główna myśl  to, że tęskni bardzo oraz mnóstwo kolorowych rysuneczków i prośby o listy. Listy więc  wysyłamy co dwa dni, moi rodzice też, tylko wymieniamy się dniami…i tak krążą listy, jak za dawnych lat – w kopercie, ze znaczkiem i wrzucone do czerwonej, elegancko błyszczącej PRAWDZIWEJ skrzynki pocztowej.

Na obóz harcerski dzieci nie mogą zabierać telefonów, tabletów, mp3,czy4 oraz innego badziewia elektronicznego. Kontak telefoniczny zapewniony jest raz w tygodniu, dzieci za to mogą pisać listy – takie  na kartce, zapakowane w kopertę i wysłane na poczcie  - prawdziwej , a nie elektronicznej. Podkreślam to, poniewarz, dziś w porannym programie, jedna z aktorek, mało nie zsikała się opowiadając, jak to jej czternastoletni córka była na takim obozie, gdzie nie można było mieć ani telefonów ani nawet tabletów. I….proszę państwa…dzieci pisały listy – ODRĘCZNE – zachwycałą się aktorka ( a ja z uśmiechem myślałam – to zupełnie jak u nas…) – i  - te listy z rysuneczkami i odręcznym pismem, były przez organizatorów….SKANOWANE i wysyłane na maila do rodziców……uuuu. Dla mnie beznadzieja…Cała magia listów utracona podczas skanowania…Ale zachwyt u aktorki był  niekłamany…

Emka już raz do nas dzwoniła  - główny przekaz – Tęsknię….

Na takim obozie lekko nie jest. Dzieci po przyjeździe, z pomocą drużyny starszoharcerskiej, muszą rozbić namioty, następnie zbudować sobie regały, zrobić ogrodzenie podobozu – taka pionierka trwa ze trzy dni. Dzieci na ogół są tak wymęczone, że zasypiają w drodze do łóżek. Kąpiele odbywają się w jeziorze, każdy posiłek otrzymują na menażki, które potem trzeba samodzielnie i bardzo dokładnie wymyć, mają dyżury w kuchni, gdzie obierają warzywa na obiad oraz pomagają przygotowywać pozostałe posiłki ( dlatego pozbawiona zostałam najlepszej obieraczki…). Mają równeż nocne warty, oczywiście ze starszymi harcerzani, ale przeżycie jest poważne…Rygor i dyscyplina każdego dnia:) Jedna z dziewczynek podczas rozmowy telefonicznej z mamą płakała, że musi posprzątać namiot, bo nie pójdą na kolację…i sprzątały aż miło….a w domu to trzy dni prosi się , żeby jedna z drugą poskładały swoje ciuchy…

Oprócz takich obowiązków, które te rozpuszczone panienki wykonują bez mrugnięcia okiem, mają też przyjemnośći. Są ogniska, podchody, poszukiwania skarbów, wykradanie proporców innych drużyn, który oddawany jest w zamian za jakiś okup (najczęściej słodycze…) oraz uważne pilnowaniw własnego, są wycieczki i nocne  rajdy leśne i inne zabawy. Trwa to wszystko pełne cztery tygodnie…bardzo długo, szczególnie dla takich  dzieciaków. Na pewno wszystkie tęsknią, czasem są zmęczone, ale poziom samodzielności, samooceny i takiej dziecięcej odwagi jest po takim obozie ogromny. Myślę, że warto dzieciaki wysyłać na takie wyjazdy, to kształtuje charakter i daje poczucie wartości. Prawdę mówiąc, to prawie wszystkie dzieciaki naszych znajomych i rodziny powinny zaliczyć obowiązkowo taki wyjazd – poziom rozpuszczenie niektórych sięga zenitu…

A Igulinka…? Rośnie i co chwila coś nowego nam pokazuje… Kilka dni temu na spacerze zaczęła bawić się pieluszką w ” nie ma – jest”, czyli zakrywa buzię  i szybko odsłania, zupełnie nie wiem kiedy się tego nauczyła, po prostu nagle umie i już…Siedzi już coraz lepiej, ale samodzielnie trudno uśiąść, bo mądra główka jest ciężka i nie jest prosto ją dźwignąć…Wczoraj zaczęła pełzać do przodu i to w dość szybkim tempie, jak się okazało, planowała odebrać domowemu zwierzęciu rzucony przysmak mięsny…Z oka spuścieć na chwilę nie można. Jest słodka i śliczna – stwierdzam bardzo obiektywnie…Jest również towarzyska i uprzejma – każdy mijany na spacerze człowiek to potencjalny rozmówca. Igusia najpierw rozświetla pyzatą buzię w najsłodszym uśmiechu, trzepocze rzęskami, kokieteryjnie wkłada paluszek w różowe usteczka, a gdy już ofiara wpadnie w pułapkę, to Igusia zaczyna rozmawiać, tłumaczyć i opowiadać. Inteligentna bestia…po mamusi , oczywiście.

Kreatywnośc matki nie zna granic

  • Napisane 9 czerwca 2014 o 20:42

Rok szkolny zamierza się wkrótce zakończyć,  z czego ja cieszę się  równie mocno, jak moja córka. Koniec z porannym wstawaniem, awanturami o śniadanie oraz o stylizacę. Emka kończy czwartą klasę na fali sukcesu, czekając na wręczenie świadectaw z tzw. czerwonym paskiem. W szkole zachowanie wzorowe, za to w domu trzeba dać upust swym emocjom oraz samostanowieniu – tzn ” nie zrobię, nie założę, nie zjem , zrobię to jutro , nie zmusisz mnie” i tym podobne urocze i jakże kojące duszę matki zwroty…

Plany wakacyjne sprecyzowane – najpierw  - o radości wszechogarniająca  - cztery tygodnie obozu harcerskiego , następnie  trzy tygodnie z babcią na działace, gdzie juz banda dzieciaków snuje skomplikowane plany zabaw wszelakich, a na deser morze…w deserze będziemy brać udział wspólnie.

Iga rośnie, rozwija się, głównie towarzysko – matka nudzi ją w sposób niemiłosierny, co werbalizuje marudzeniem i marsowa miną. Nie wolno matce odejść od dziecka bez wyraźnego pozowlenie, które wydawane jaest na krótko, podczas drzemki. Dziecko jest towarzyskie i spragnione rozmów, dlatego trzeba mówić, opowiadać, nosić, podrzucać, łaskotać , czytać wiersze Tuwima, ale tylko trzy wybrane, wyraźnie ulubione.  Nie wolno również przy dziecku niczego jeść, bo kończy sie taka niesubordynacja poważnymi pretensjami,  przecierz Igusia już też lubi jeść – wszystko – a nie tylko pokarmy przeznaczone dla niemowląt po 6 miesiącu.

Pies nasz, znaczy suka, jest wredną suką, ponieważ nie pozwala się łapać, tarmosić, ani wkładać paluszków cudnych do otworów psa /suki przeróżnych, a dziecko się frustruje, że nie może…Można za to dziecku dać surową marchewkę do lizania, można śpiewać (na razie się podoba – dziecko jeszcze nieuwrażliwione muzycznie), można dać do ręki trzepaczkę do jajek oraz drewniana łopatkę. Można jeszcze dziecko położyć na gołej podłodz, wtedy dziecko może swobodnie przemieszczać się ślizgiem wokół własnej osi. Można też dziecko zabrać na spacer, ale tylko w spacerówce i tylko w pozycji wyraźnie siedzącej, mimo, że jeszcze owe dziecko nie siedzi samodzielnie. Od czasu do czasu i nie dłużej  niż trzy minuty dziecko pozwala posadzić się przed wirującą pralką – to też bywa odrobinę interesujące. Jak już wszystko staje się nudne i beznadziejne można dziecku włączyć kanał baby first, gdzie odbywa się czarnobiały teatrzyk cieni lub z rogu ekranu wyskakuje kolorowa małpka. Wtedy jest chwila spokoju – a zła, zła, bardzo zła matka, która pozwala niemowlęciu oglądać telewizję jest obdarzona 5 minutami niezasłużonego spokoju.

Z dobrych wieści: udało mi się wreszcie być u fryzjera,  a profesjonalistka, która czyniła porządek na mej głowie orzekła, że kolor swój mam genialny i mam nie farbować,  a tych klika siwych włosów to tylko dodaje uroku… (???). Jakoś się ogarniam z ogarnianiem domu, praniem i gotowaniem – grunt to ustalenie priorytetów i rezygnacja z nieuzasadnionych fanaberii własnych

A teraz oto właśnie zakończył się czas wolny i matka musi lecieć do dziecka, które obudziło się z porannej drzemki i oczekuje kreatywnych zachowań , stymulujących rozwój psychoruchowy, właściwy dla niemowlęcia w siódmym miesiącu życia….

No, pięknie…to się dowiedziałam…

  • Napisane 23 maja 2014 o 08:17

6 miesięcy po porodzie, zdawało mi się, że doszłam do jako- takiego wyglądu, to znaczy, że figura jakoś wróciła do kształtu zblizonego do tego  sprzed ciąży. Okazało się, że jednak zdawałao mi się tylko. Wczoraj w supermarkecie uprzejma pani postanowiła mnie przepuścić w kolejce do kasy, bo – jak powiedziała – mam pierwszeństwo. Fakt, że założyłam bluzkę , którą nosiłam w 5 miesiącu ciąży i może rzeczywiście mój super płaski i wyćwiczony brzuch  z rzeźbą kaloryfera wyglądał nieco ciążowo, ale bez przesady…Jak tylko wróciłam do domu, to natychmiast bluzkę zdjęłam i schowałam  na najwyższą półkę w szafie. Od kilku tygodni ćwiczę dwa razy w tygodniu, ale są to ćwiczenia dal leniwców totalnych, czyli właśnie dla mnie. Cóż z tego, że ćwiczę, skoro wciąż jestem głodna…Igulinka na mej wybujałej piersi odpasiona jest całkiem porządnie i jakoś to mleko trzeba produkować. A w związku z tym, że miała na buzi azs, wyeliminowałam z jadłospisu bardzo wiele produktów – nie jem nic co było krową lub czegoś, co koło krowy się znajdowało, warzywa to też jakaś wybiórcza  nędza, owoce – jabłka, gruszki i morele. Truskawki, które właśnie się pokazały, tylko pachną mi kusząco, gdy szykuję dla T. i Emki. No, cóż  - za rok sobie pojemy te wszystkie pyszności. Teraz mogę tylko nacieszyć oczy.

Igusia zawzięcie ćwiczy siadanie, dziwga się, ale jescze ciężko to idzie. Kilka dni temu Igusia wyszeptała „tatatata”. Mocno była tym zaskoczona, ale zachwyciło ją to bardzo i teraz już artykułuje to pełnm głosem. T. oczywiście zachwycony twierdzi, że juz niedługo będzie z nami rozmawiać. Największą miłością Igi jest Emka, która śpiewa jej piosenki i wykonuje skomplikowane układy taneczne. Na taką rozrywkę Iga reaguje gromki wybuchami radosnego śmiechu. Problem pojawia się jednak, gdy Emka kończy to wszystko i idzie zajmować się swoimi sprawami. Mamusia już nie jest taka interesująca. Mamusia to poprostu obsługa techniczna, a do zabawy najlepsza jest siostra, no…ewentualnie tata.

Obsługa obsługą, ale mama ma być na miejscu, pod ręką. Pozostawienie Igusi bez obsługi technicznej ostatnio stało się niezbyt realne…Wybrałam się do fryzjera, na wizytę czekałam dokładnie 34 dni. Tak, dostać się do na prawdę dobrego fryzjera to prawie jak do lekarza specjalisty na NFZ. Nic to, zęby zacisnęłam, włosy w kucyk uwiązałam i czekałam…nadszedł wreszcie dzień mej przemiany.Roztropnie umówiłam się na godzinę 20, kiedy to latorośl młodsza pogrążona jest w błogim, słodkim śnie, a latorośl starsza w piżamce czyta książkę(cóż za idealny obrazek rodzinnego wieczoru)

Dziecko wykąpane, nakarmione, mleko przez cały dzień doiłam, aby T. w razie potrzeby miał czym zatkać głodne pyszczydło.

Śpi….ja cichutko wymykam się z domu…wolna, swobodna, w samochodzie radio na cały regulator,  w torebce zakazany snickers…jadę. Dotarłam trochę przed czasem, ale to nic, poczytam kolorowe gazety, wciągnę batonika, popiję dla zdrowia zielona herbatką, serwowaną w salonie…Cóż za cudny wieczór.

- Pani na 20? – pyta się uprzejmie recepcjonistka – a telefon zostawiła pani w domu, bo dzwoniłam, żeby uprzedzić. Mąż odebrał.

- Na prawdę? – zaniepokoiłam się. Przez myśl tylko przeszło mi cichutko, że T. nie ma ze mną kontaktu, jakby co…

Siedzę sobie, kolorowy magazyn przegladam, spokojem i zbliżającą się metamorfozą cieszę. W recepcj dzwoni dyskretnie telefon…Nagle cień złowieszczy pochyla się nade mną, wyciągając  przed siebie telefon.

-Do pani, mąż chyba…- a ja w słuchawce słyszę przeraźliwy wrzask Igi, a T. wzywa do natychmistowego powrotu. Próbuję negocjować, ale słyszę, że to już nie płacz, a krzyk straszliwy. Już wiem, że w tym właśnie momencie mój wolny wieczór dobiegł końca. Gdy dojeżdzam do domu krzyki słychać już na 2 piętrze. Nie wiem ,czy to brzuszek, czy może początek ząbkowania, ale nawet pierś nie pomagała.

I tak to właśnie jest. Dziecko nasze przez blisko 6  miesięcy nigdy tak nie płakało, z błogim uśmiechen zapadało wieczorem w o sen, śpiąc prawie do północy. Ale gdy tylko zachciało mi się fryzjera, to córka rzekła, że chciałoby się, o nie ma tak dobrze, siedź na tyłku mama, bo jak nie…Byłam na prawdę wściekła, że nie udało mi usiaść na fotelu. Kiedy Igula , szarpana szlochami wreszcie usnęła, ja usiadłam na kanapie, łykając łzy zawodu i rozczarowania. T. stwierdził, że  i tak wygladam ładnie…jasssssne.

Nastepny termin wizyty u fryzjera za dwa tygodnie…znaowu włosy w kucyk, zęby zacisnę…wytrzymam.

Nie dzieje się nic

  • Napisane 13 maja 2014 o 09:05

Pasowanie na harcerza mamy już za sobą. Było bardzo uroczyście i wzruszająco. Emka przejęta prawie do nieprzytomności, z poważną, grobową miną i malinowymi wypiekami na policzkach składała kwiaty pod pomnikiem. Igula dzielnie to wszystko znosiła, robiąc sobie dyskretną, niedługą drzemkę, spacerując pomiędzy grobami powstańców.

Emka niepokorna, jakiś bunt silniejszy przechodzi.  Trochę sie popsuła – więcej siedzi przy komputerze, mniej chętnie bierze sie za naukę, za to chętniej strzela na oślep ulubionym  wszystkich dzieci  słowem – „nie”. A moja cierpliwość jest już na takiej rezerwie, że ciągnę na oparach. Nie mogę jednak tylko narzekać, bo chociarz niepokornajest i zbuntowana, to przynosi prawie  same piątki (zdolna bestia…)

Igula przekłada już zabawki z jednej rączki do drugiej, dziwiga i podciąga plecki  w górę- jeszcze chwila i bedzie siedziała. Gdy podałam jej nowy gryzaczek, to chwyciła i z zawzięciem zaczęła nim potrząsać, ewidentnie oczekując grzechotania, gdy nie odnotowała oczekiwanego efektu, porzuciła nudne badziwie w kąt. Najlepszą, najciekawszą i najukochańszą zabawką( oprócz Żyrafki Sophie) jest pusta, pognieciona, koniecznie nebieska, butelka po wodzie mineralnej – jak wiadomo, inteligentni ludziesię nie nudzą. A ja,  dzięki tej fantastycznej zabawce mogę czasm  zjeść śniadanie, albo powiesić pranie.

Igusia  - pulpecik tłuściutki  - słodycz sama…te wałeczki na udkach, ta dupinka mięciutka i pulchniutka, paluszki, jak serdelki, ozdobione przy kosteczkach dołeczkami…, uśmiecha się bezzębnie, nawołuje i i gulga. Ale nie zwiodą mnie te czary…wiem, że to tylko tak na chwileczkę, na momencik, a za parę lat też będzie bunt i pyskówa. Ale teraz jest słodko…

 

 

 

Kariera jednego wpisu, czyli nie jestem ideałem

  • Napisane 2 maja 2014 o 20:22

Mój ostatni wpis, podyktowany leciutką frustracją oraz chwilowym przypływem samokrytyki został doceniony przez redakcję i umieszczony na głównej stronie Onetu.  Takie zauważenie oraz, poniekąd, docenienie mojego niepohamowanego grafomaństwa,  sprawiło mi nie lada  satysfakcję. Bo ja taka próżna jestem…Przyczyniło się również do zwiększonej liczby odwiedzin moich skromnych progów.

Oprócz kilku miłych i serdecznych komentarzy  - wielkie za nie dzięki – posypały się też słowa Wielkiej Prawdy Objawionej  na moja potarganą głowę.  Że nie powinnam pić kawy, powinnam ukarać dziecko (najlepiej okrutnie i dotkliwie), że mąż  zaraz puści mnie w trąbę, że jestem leniwa, że inne mamy są zorganizowane i zaradne, choć nie miały pampersów…

A ja jestem zwykłą mamą, która czasem jest zmęczona, czasem zła na wszystko, czasem zrzędzę i czepiam się za bałagan. Zdarza mi się chodzić w poplamionej bluzce ( bo, do cholery, ile razy w ciągu dnia można się przebierać…?), czasami  nie mam cierpliwości i od czasu do czasu chciałabym zostać całkiem sama w domu, ale…moje dziewczątka- bachorzątka – KOCHAM WAS najmocniej na świecie.

Wielkiej krzywdy nie ma…

  • Napisane 15 listopada 2012 o 12:34

Spotkałam ostatnio pewną panią na swoim osiedlu. Ja wracałam z naszym sierściuchem z wieczornego spaceru, ona „szwendała” się nie wiem w jakim celu ,ze swoim najstarszym dzieckiem, dźwigając przed sobą ciężarny brzuch. Zazwyczaj, gdy tylko ją widzę zmieniam trasę…a dlaczego?

No właśnie, tu naszły mnie pewne wspomnienie sprzed około dwóch lat… Długo by pisać i wyjaśniać.  W skrócie mogę powiedzieć, że musiałam uciąć kontakt wszelaki, ponieważ owa Pani, wyczuwając moje miękkie serce wyciągała ode mnie z trudem przydźwigane zakupy oraz gotówkę z portfela…powołując się oczywiście na brak pracy męża (ona nie pracuje z zasady, bo wychowuje czwórkę dzieci…), niewielki zasiłek rodzinny oraz cztery głodne i nieszczęśliwe dziecięce paszcze…

Najpierw poznałam jej najstarszą córkę (nazwijmy ją Kasią). Kasia przylgnęła do naszej Królewny pewnego wiosennego dnia na placu zabaw. Królewna kończyła wówczas przedszkole, a Kasia właśnie powtarzała pierwszą klasę . Dzieciak przykleił się do nas, tak, że wkrótce czekała na nas pod blokiem, by wspólnie iść na pac zabaw. Bardzo szybko Kasia odwiedziła nas w domu…nie mogę złego słowa powiedzieć, bo dziecko grzeczne i miłe, ale…po drugiej wizycie,  mama Kasi zaczęła codziennie przyprowadzać ją do nas po szkole…byłam lekko zaskoczona, ale dziewczynka tak prosiła, żeby u nas pobyć, że nie miałam serca jej odmawiać. Jadła  u nas,bawiła się , doszło w końcu do tego, że zamiast poświęcać popołudnie swojemu dziecku, odrobiłam lekcje z Kasią…

Za odwiedzinami dziecka przyszły odwiedziny mamusi, w celach uzyskania wsparcia żywnościowego lub (znacznie chętniej) gotówkowego. Nie wiem, jak to się dzieję, że takie  osoby w sposób wprost genialny manipulują ludźmi. W moim przypadku dotarło do mnie, że utrzymuję dwa gospodarstwa domowe, gdy po kolejnej niespodziewanej wizycie zostałam bez zrobionych właśnie zakupów oraz jakiejkolwiek gotówki . Postanowiłam to zakończyć tak szybko, jak to tylko możliwe.

W tym czasie Kasia jednak trochę opowiadała o swojej rodzinie… m.in. , że kiedyś  to mieli trzypokojowe mieszkanie, potem zamienili się na dwa pokoje, a teraz to mają kawalerkę ze ślepą kuchnią….że mama tylko krzyczy, bije po głowie i ciągnie za nos, albo straszy , że odda do domu dziecka, jak ciocia Basia Ewelinkę… Wysłuchawszy tych rewelacji, zawiadomiłam szkolnego pedagoga. Szkoła podobno zna  rodzinę i będzie monitorować sytuację…Podobno biednie, skromnie, ale poważna krzywda się tam nie dzieje…że rodzice nieudolni i nieprzystosowani, ale dzieci czyste i nakarmione…no cóż, pewnie tak, ale czy tylko o to chodzi?

Kontakt udało mi się przeciąć, odmawiając kilkakrotnie wsparcia finansowego. Wiem, że owa Pani co chwila znajduje sobie podobne wsparcie. Kasia nie chodzi już do naszej osiedlowej szkoły, stwierdzono u niej poważny niedosłuch i chodzi już do szkoły specjalnej…kolejne dziecko – pięcioletni Adaś ma stwierdzony ciężki autyzm, kolejne-czteroletnia Gosia – autyzm i zaburzenia objawiające się autoagresją, tylko najmłodsze, dwuletnie jest zdrowe (albo jeszcze nic nie zdiagnozowano…). Dzieci siedzą w swoich łóżeczkach , bo przecież w 30 metrowej kawalerce , według owej pani, nie da się puścić luzem czwórki dzieci . Na spacery też nie chodzi, bo jak z taką liczbą drobiazgu? Za chwilę będzie tam piąte, maleńkie dziecko…i jakoś to będzie… becikowe dadzą, zasiłek zwiększą…może dzielnica mieszkanie większe  wreszcie da…?

Mieszka ta rodzina na parterze w  sąsiednim bloku, okna pootwierane, słychać więc dobrze tą miłość matczyną do chorych dzieci (wrzaski i wyzwiska , brak cierpliwości). Ostatnio ktoś zadzwonił do Ośrodka Pomocy Społecznej, że dzieci siedzą na parapecie bez opieki…niby parter, ale jak spadnie, może być nieszczęście…OPS założył im siatkę w oknie, by zapewnić bezpieczeństwo (?) dzieciom. I niby nic złego się nie dzieje, dzieci czyste, nakarmione, leki mają, zabawki też jakieś są, matka zawsze trzeźwa, ojciec pije trochę więcej (ale któż by nie pił…?), pracy nie mają (ale praca wszak to dzisiaj luksus…) wielkiej krzywdy nie ma…niech rodzi piąte, szóste …państwo dołoży, ktoś zakupy zrobi, ktoś pożyczy na wieczne nieoddanie…siódme, ósme- to już na pewno dzielnica mieszkanie da, a i z głodu też nie pomrą…

Galvena


  • RSS