Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'dziecko'.
Wyświetlam 1 - 10 z 10 notek

Nie dzieje się nic

  • Napisane 13 maja 2014 o 09:05

Pasowanie na harcerza mamy już za sobą. Było bardzo uroczyście i wzruszająco. Emka przejęta prawie do nieprzytomności, z poważną, grobową miną i malinowymi wypiekami na policzkach składała kwiaty pod pomnikiem. Igula dzielnie to wszystko znosiła, robiąc sobie dyskretną, niedługą drzemkę, spacerując pomiędzy grobami powstańców.

Emka niepokorna, jakiś bunt silniejszy przechodzi.  Trochę sie popsuła – więcej siedzi przy komputerze, mniej chętnie bierze sie za naukę, za to chętniej strzela na oślep ulubionym  wszystkich dzieci  słowem – „nie”. A moja cierpliwość jest już na takiej rezerwie, że ciągnę na oparach. Nie mogę jednak tylko narzekać, bo chociarz niepokornajest i zbuntowana, to przynosi prawie  same piątki (zdolna bestia…)

Igula przekłada już zabawki z jednej rączki do drugiej, dziwiga i podciąga plecki  w górę- jeszcze chwila i bedzie siedziała. Gdy podałam jej nowy gryzaczek, to chwyciła i z zawzięciem zaczęła nim potrząsać, ewidentnie oczekując grzechotania, gdy nie odnotowała oczekiwanego efektu, porzuciła nudne badziwie w kąt. Najlepszą, najciekawszą i najukochańszą zabawką( oprócz Żyrafki Sophie) jest pusta, pognieciona, koniecznie nebieska, butelka po wodzie mineralnej – jak wiadomo, inteligentni ludziesię nie nudzą. A ja,  dzięki tej fantastycznej zabawce mogę czasm  zjeść śniadanie, albo powiesić pranie.

Igusia  - pulpecik tłuściutki  - słodycz sama…te wałeczki na udkach, ta dupinka mięciutka i pulchniutka, paluszki, jak serdelki, ozdobione przy kosteczkach dołeczkami…, uśmiecha się bezzębnie, nawołuje i i gulga. Ale nie zwiodą mnie te czary…wiem, że to tylko tak na chwileczkę, na momencik, a za parę lat też będzie bunt i pyskówa. Ale teraz jest słodko…

 

 

 

Kiedyś się ogarnę

  • Napisane 24 kwietnia 2014 o 09:40

Ostatnio jestem w ciągłym niedoczasie. Igula postanowiła jeszcze mniej (jeśli to w ogóle możliwe…)spać w dzień. Gdy tylko podstępem niecnym wysmyknę własną, wymęczoną pierś, z jej ciągle głodnej paszczy i posuwając się ruchami płynnymi i bezszelestnymi opuszczam komnatę księżniczki, mając w głowie plany , co też ja teraz w wolnej, upragnionej chwili, będę robić…i gdy już biorę do ręki ulubioną filiżankę z kawą – czarną i pachnącą, rozlega się rozkoszne,nieśmiałe, ale na swój tajemniczy sposób natarczywe kwilenie lub gulganie. I koniec balu panno Lalu. Nie ma prania ani sprzątania. Będzie zabawa…ewentualnie ponowne cycowanie…

W związku z tym,że nie mogę na bieżąco ogarnąć chałupy, robię się zła, zrzędząca i czepiająca się (dwa ostatnie epitety wyartykułowała moja córka duża oraz mąż). Wkurza mnie to strasznie, że gdzie nie padnie moje zmęczone spojrzenie, to widzę zaległą robotę…a to słońce zaświeci i widać kurz na meblach, a to wiaterek wiosenny zawieje i wydmucha spod komody kłaczek kurzu, a to pranie leży mokre w pralce…ciągle coś…a ja niestety lubię mieć ład, porządek i czysto w miarę. Ale, cóż lubisz porządek i czystość – twój problem.

Emka, w przeciwieństwie do sfrustrowanej mamusi, żyje beztrosko i radośnie, mając w głębokim poważaniu wszelakie obowiązki oraz wszelkie inne sprawy. Owszem, lekcje odrobi, ale pouczyć się to już niekoniecznie…co tam, jakoś to będzie. Ale,żeby tylko to…
Kupiłam sobie sliczną, szarą, cieniutką – w sam raz na wiosnę – szaliko-chustę.Mamo, mamo….mogę założyć, zobacz,jak mi pasuje…no owszem, pasuje i ładnie tej mojej córce….dobra weź. Wraca ze szkoły radosna i frywolna…gdzie chusta – pytam złowieszczo. Och…zgubiła się, drobiazg, czego się czepiasz mamo…?

Już wkrótce Emka zuch, zostanie Emką druhną. Będzie wielka impreza na Wojskowych Powązkach – pasowanie na harcerza. Ale…trzeba zakupić dziecku nowe – harcerskie już – umundurowanie. Dobra, dziecko musi mieć, trzeba jechać.Nic to ,że składnica w samym centrum, że korki, że nie ma gdzie zaparkować…mus to mus…T. bierze córeczkę – jadą. Cud – miód -malina: bluza elegancka, pas parciany, pierścień do husty skórzany. Ślicznie…uff…no to mamy załatwione. Mija sobie jeden dzień, drugi i trzeci…Słońce świeci, wiosna kwieci…Mamo, a ja jeszcze nie mam spódnicy do munduru – słyszę słodki głos córeczki, zdradzający pewne zniecierpliwienie nieodpowiedzialnościa matki – a i jeszcze getry…- ręce opadają. Dobra, nie ma to- tamto – mundur galowy musi być. Zaprzyjaźniona znajoma z córką o podobnym rozgarnięciu, odbiera harcerki ze szkoły i jadą. Spódnica jest ( nieco worowata, ale dobra, niech będzie)czarne getry są. Uff…no to z bańki. Mija jeden dzień, drugi, mija trzeci…-mamo, a co z furażerką?aaa…i te getry to są złe, muszą mieć biały pasek i jeszce finkę muszę mieć – informuje mnie beztrosko latorośl. No i czego zrzędzisz mamo, no i co się wielkiego stało…Ożeszku…Pojechaliśmy, kupiliśmy? No, a jakżeby inaczej…jak to, dziecko nasze miałoby być niewpełni umundurowane???Przecież kwiaty pod pomnikiem Powstańców ma składać, jescze jej tę fuchę odbiorą…Cała ta przyjemność kosztowała nas grubo ponad dwie stówy.
Beztroska mojej Emy rozwala mnie…i wyzwala bezwarunkowy i niekontrolowany szczękościsk.

Co jeszcze…?
Jeszcze…to spojrzałam nieco uważniej w lustro- nie rób tego, nie rób…nie patrz – mówiło mi serce. Patrz, przyjżyj się – podpowiadł rozum. Trzeba było serca słuchać…Włosy, onegdaj (czyli przed nawałem roszalałych hormonó, wywołujących laktację)kręcące się- zwisają smętnie, miejscami napuszone, cera blado-szara, oczy przekrwione (bynajmniej nie od przepicia, niestety…) dzinsy, jakowyś opiętę nadto, bluzka utytłana i z plamami produktu własnej piersi, które Igula łaskawa była ulać na moje ramię…nie, no ósmy cud świata. I jak ja mam wyjść na spacer?Ludziom normalnym sie pokazać? A tu jeszce ze śniadaniowej tiwi, blond Jola P., przyczesana na gładko, odziana w niebieską skuienkę, na tle żółtych tulipanów, zerka z przyganą, wymachując chudą nóżką, odzianą w nieludzką szpilę – wstyd, wstyd kobieto, ogarnij się – tak do mnie mówi, na prawdę…
Wychodzi na to,że czas najwyższy się odgruzować. Przysięgam na wszystko – szepczę z przejęciem do zmorowatego odbicia w lustrze – ogarnę się…

Ostatnie tygodnie ciąży i inne wydarzenia

  • Napisane 22 kwietnia 2014 o 08:50

Ostanie tygodnie ciąży dały mi nieźle w kość. Wiadomo, nie mogłam spać, nogi mi spuchły i  mimo ciepłej słonecznej jesieni paradowałam w kloszach, ból rąk nie dawał mi spokoju i w dzień i w nocy, a na końcu rozszalało się ciśnienie..  Komputer odmówił współpracy, a później czas uciekał, noworodek zmienił się w niemowlę i  potoczyły się dni, tygodnie i w końcu miesiące…

13 listopada

Wylądowałam na oddziale patologii ciąży w szpitalu na Inflanckiej z cholestazą, obrzękami i nadciśnieniem. Wydarzenie to pogłębiło na moją frustrację, bo szpital to dla mnie udręka totalna.

Na szczęście towarzystwo w pokoju dopisało…(pozdrowienia dla Magdy P.), położne wesołe, wyrozumiałe i serdeczne.

18 listopada

No i rachu ciachu i Igusia wydostała się z przytulnych odmętów mojego brzucha…

Poszło szybko, ale nie powiem, żeby lekko. Panienka sporych rozmiarów była (56 cm  i 3710 g). To niby nic, ale obwód jej główki (35 cm) sprawił mi odrobinę dyskomfortu…:) . Znieczulenia nie dostałam, ponieważ wszystko potoczyło się  w tempie ekspresowym (T.ledwo zdążył dojechać…). Na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie i w drugiej dobie wyszłyśmy do domu. Emka była zachwycona (choć później przyznała,że siostrzyczka  w pierwszych dniach była brzydka, niczym nomen-omen…noc listopadowa).

24 grudnia 2013

Wigilia u moich rodziców i pierwszy uśmiech Igusi, raczej mało świadomy, ale prześlicznie bezzębny i uroczy…

5 stycznia 2014

Pierwsze prawdziwe łzy Igi – mama zrobiła straszna krzywdę, smarując języczek aftinem.

15  stycznia 2014

Ogarniam jakoś to wszystko.

Sprzątanie, jakiś szybki obiad, spacer z Igusią, potem pakuję ją w fotelik, jadę po Emkę do szkoły. Później kierat domowy, jest trochę pracy, ale, to trochę dziwne…odczuwam  w tym wszystkim radość jakąś…

Emka radzi sobie doskonale, usamodzielniła się bardzo…bez większych problemów radzi sobie z nauką, sama pilnuje odrabiania lekcji i bardzo mi pomaga, zajmując się przez chwilę siostrzyczką, z dumą nosi ją na rękach i czyta jej książeczki. Nie, no idylla po prostu…

28 stycznia 2014

Igusia wisi na cycku i je i je…a a waga rośnie. W pełni swej okrągłej buzi, cudnych wałeczków i tłuściutkiej pupci zasługuje na ksywkę Pulpecji…

6 lutego 2014

Emka wypadła na półrocze fantastycznie…same piątki i dwie czwórki…mój kujonek cudny, uczennica najzdolniejsza. Młodsza też odnotowuje postępy, mianowicie patrzy jakoś tak przytomniej i rewelacja – odpowiada uśmiechem na uśmiech…Ale mam zdolne dzieci…

19 lutego 2014.

Iga odkryła swoje cudne pulchne rączki. Piąstki wpycha do buzi już od tygodnia, ale teraz  z ogromną uwagą i wielkim, niemym „oooo….”przygląda się rączkom i paluszkom. To musi być zachwycające odkrycie…

3 marca 2014

Pierwsze próby głośnego, radosnego śmiechu  podczas zabawy w „idą raczki  nieboraczki”.

Że są rączki , to Iga wie już na pewno, ale że są mięciutki i cieplutkie, to właśnie sprawdza i z wielkim zawzięciem wpycha je do  paszczy, ćumka, mlaszcze, a ślinotok ma przy tym nieprawdopodobny…

16 marca 2014

Pierwsza wizyta na basenie. Wyprawa jak na wojnę…pieluchy, mokre chusteczki, ubranka na zmianę, balsamy, kremy, ręcznik, kocyk, pieluchy do pływania oraz tysiąc innych niezbędnych gadżetów…w drodze Iga darła się, jakby obdzierano ją ze skóry. Gdy dotarliśmy na miejsce, odczekaliśmy w kolejce i wreszcie dostaliśmy po kluczyku do szafek, okazało się, że Emka nie wzięła „stanika” od kostiumu i nastąpiła rozpacz i szlochy,że bez stanika, to ona nie wyjdzie do ludzi

Jak wiadomo, potrzeba matką wszelkich pomysłowych rozwiązań i Emka wykorzystała swoją czarną podkoszulkę. Pozawijała, ponaciągała i zadowolona wkroczyła na basen. Igusi bardzo przypadło do gustu pławienie się w chłodnej wodzie,  ale wyraźnie zadowolona była w jacuzzi, gdzie T. zabrał ją, by wygrzała swoje tłuściutkie nóżki w gorącej wodzie.

18 marca 2014

Iga wybrała się ze mną na nowy rodzaj spaceru – wsadziłam ją do nosidła, twarzą do świata i poszłyśmy na wycieczkę po naszym osiedlu.  Była wszystkim bardzo zainteresowana, dotykała kory drzew, młodych, malutkich listków i gałązek. Gdy wracałyśmy zaczął padać lekki deszcz i to dopiero była niesamowita frajda.

4 kwietnia 2014

Dzisiaj Iga zauważyła obecność naszej suczki…to było niesamowite:  zobaczyłam ,że ona zobaczyła.  Dla takiego malucha- sralucha wszystko jest niesamowite i zadziwiające. Takie nagłe dostrzeżenie jakiegoś nowego kształtu, czy stworzenia to odkrycie niemal epokowe, a ja zauważyłam ten moment!

6 kwietnia 2014

Kolejne nowe dokonanie…udało się samodzielnie odwrócić na brzuszek.  Leżała sobie na macie i kopała zawzięcie w grającego kraba, gdy robiąc zamach nogami odwróciła główkę w stronę Tv, z którego wydobył się rozdzierający dźwięk rozpoczynających się reklam i tak zupełnie niechcący Iga znalazła się na brzuszku. Zaskoczenie w jej oczach było bezcenne…

10 kwietnia 2014

Od dłuższego czasu walczę z czerwonymi plamami na buzi Igusi, które robią się coraz bardziej czerwone i łuszczące się. Przypuszczam, że to alergia pokarmowa i od trzech tygodni nie jem produktów mlecznych ,ale niewiele to pomaga. Umówiłam się już do alergologa i z małą i z dużą córką. Mała – wiadomo: skóra, a duża – ma ustawiczną chrypkę od października (pediatra i laryngolog stwierdzili, że ni się złego nie dzieje).  Oczywiście trzeba iść prywatnie, bo NFZ proponuje wizytę u alergologa za mniej-więcej 8 miesięcy.

12 kwiecień

No to jednak Atopowe Zapalenie Skóry (na szczęście łagodne) spowodowane alergią pokarmową. Iga dostała leki,maści i kosmetyki, ja natomiast listę zakazów jedzeniowych…hmmm…może trochę schudnę.

14 kwietnia

Emka miała robione testy skórne i wyszły tylko trzy alergeny (pierze, kurz i pleśń). Wszystko by się zgadzało z tą chrypką – w październiku zmieniłam Emce kołdrę i poduszkę na puchowe…Teraz generalne porządki -wywalamy pościel, dywan, koniec z kurzołapami pluszakami oraz innym badziewiem, powystawianym na półki.

 

To już wrzesień???

  • Napisane 17 września 2013 o 12:14

 

Czas pędzi, jak oszalały…Na wszystko brakuje mi czasu albo siły.

Od połowy lipca dostawałam sporo zleceń, tak więc na nadmorski urlop wybraliśmy się dopiero od 17 sierpnia.

Wróciliśmy – to natychmiast, tzn. następnego dnia było już rozpoczęcie roku szkolnego  i w  w zawiązku z tym masa spraw do załatwienia…

Czwarta klasa Emki zaczęła się dość szybko – nie było czasu nas powolne rozkręcanie się dzieciaków  po wakacjach, jak to było do tej pory. Nauczyciele zadają do domu bez skrupułów, już w drugim tygodniu były kartkówki, w tym tygodniu trzy sprawdziany z przyrody, matematyki i angielskiego, a dzieci jakoś nie chcą tego tak szybko ogarnąć  i wdrożyć się w szkolny rytm…

Tydzień temu, będąc w 30 tygodniu ciąży poszłam zrobić zaległe badanie USG i trochę się zdziwiłam,bo lekarz określił wiek płodu na 32 tydzień. Ok. , tak  się przecież często zdarza, ale wróciłam do domu, otworzyłam drzwi pokoju maluszka i ogarnęła mnie panika…

Ten pokój to magazyn i składzik…walizki ( na szczęście rozpakowane po powrocie z nad morza), torba T. przygotowana na trening, dwa kartony wypchane nie wiem czym, dwie skrzynie z narzędziami oraz dwie plastikowe walizeczki z wiertarką i jeszcze czymś… oraz suszarka ze schnącym praniem.

Pomyślałam sobie, że przecież ja mogę urodzić  za dosłownie klika tygodni, a nie mam nic zupełnie przygotowanego. Tak, więc rzuciłam się w wir zakupów. Dzisiaj już mi trochę lepiej, bo kupiłam  wózek – jak wiadomo najważniejsza nowa zabawka młodej mamy…kupiłam także materacyk, ochraniacz I komplet pościeli do łóżeczka, które mam wkrótce otrzymać od K., której synek już wyrasta ze spania w łóżeczko; od A. dostałam ubranka na pierwszy rok życia. Wczorajszy dzień spędziłam,więc na segregowaniu ciuszków  rozmiarami i robieniu notatek co już mam, a czego mi jeszcze brakuje…

Czuję się coraz mniej komfortowo, wielki brzuch przeszkadza mi w codziennych czynnościach, męczy mnie okrutna zgaga i w dzień i w nocy, nie pozwalając mi spać, ostatnio dołączył do tego ucisk na któryś punkt w kręgosłupie, ponieważ przez większość czasu mam zdrętwiałą i prawie bezwładną prawą dłoń.

 

W naszym nowym mieszkaniu jesteśmy już zadomowieni i urządzeni, poranna podróż do szkoły według T. i Emki trwa ok 7 – 10 min i podobno wcale się nie spóźniają.  Ja natomiast po południu wsiadam w samochód, po drodze robię zakupy i odbieram Emkę ze szkoły. Ustaliłyśmy, że najpóźniej będzie odbierana o 14, bo musi mieć przecież czas na odrobienie lekcji i naukę.  Wszystko się jakoś kręci w jako takim porządku, ale  całkiem niedługo,  wraz z pojawieniem się dziecka,  wszystko przewróci się nam do góry nogami, czego na tą chwilę zupełnie sobie nie wyobrażam…

Sześciolatki w pierwszej klasie – przemyślenia po trzech latach

  • Napisane 20 czerwca 2013 o 09:49

W dyskusji o sześciolatkach głos zabierają wszyscy oraz powiedziano już chyba wszystka, co złe i co dobre.

My, trzy lata temu postanowiliśmy naszą 6 letnią Emkę wysłać do pierwszej klasy. Prawda jest taka, że zapisana była do zerówki. Jednak fakt ,że połowa jej przedszkolnej grupy szła do pierwszej klasy, spowodował,że nasze dziecko płaczem i  rozpaczą za koleżankami, zmusiła nas do tego, że 31 sierpnia biegłam truchcikiem do szkoły i przepisałam ją do klasy pierwszej ( 1 września zrobiła to jeszcze jedna mama dziewczynki z naszej grupy).

 

Trzy lata temu  Emka, wraz z większością dzieci ze swojej przedszkolnej grupy, dzielnie ruszyła w objęcia obowiązków szkolnych. Wszyscy rodzice byli zadowoleni z podjętej decyzji. Fakt, że nasza rejonowa szkoła była fantastycznie przygotowana do opieki nad sześciolatkami w pierwszej klasie. Nasze dzieciaki dostały piękną,  podwójną salę, gdzie były stoliki czteroosobowe, jak w przedszkolu. W drugiej części był dywan i regały z zabawkami, grami, klockami oraz lalkami. Wybudowano nowy, przeznaczony tylko dla sześciolatków plac zabaw. Wychowawczyni okazała się mądrą i miłą nauczycielką, potrafiącą zachęcić dzieciaki do nauki. Obiady i podwieczorki  dzieci miły podawane w swojej sali. Wychowawczyni chwaliła klasę. Opowiadała,że nasze dzieci w porównaniu z siedmiolatkami,  chętniej się uczą, chcą wszystko wiedzieć, wszystko je interesuje, bardziej cieszą się z sukcesów, a mniej martwią się drobnymi porażkami, że okazuje się, że sześciolatek w pierwszej klasie jest wszystkiego ciekawy i chętnie podejmuje nowe wyzwania. Te słowa padały z ust nauczycielki,  mimo, że na początku zaznaczała, że nie jest fanką tej reformy. Dzieciaki były na prawdę zaopiekowanie I szczęśliwe. Ale to był jeden taki rocznik. Dyrektorka szkoły stworzyła jedną klasę sześciolatków, więc warunki miały cieplarniane. W następnym roku szkolnym dzieci sześcioletnich w klasie pierwszej było tyle , że trzeba było otworzyć dwie klasy I ta cudowna, wygodna sala, którą miały nasze dzieci została przyznana świetlicy, ale oprócz tego dzieci warunki miały takie same. Czy rodzice tych dzieci są zadowoleni, tego nie wiem.

 

Na koniec  trzeciej klasy, czyli etapu edukacji wczesnoszkolnej,  dzieci przystępowały do ogólnopolskiego testu trzecioklasisty. Na tle dzieci z innych trzecich klas,  a więc z rocznika 2003,  nasze wypadły bardzo dobrze. Z edukacji matematycznej na poziomie klas pozostałych, natomiast z edukacji polonistycznej wypadły najlepiej ze wszystkich klas trzecich.

I tak o to niepostrzeżenie minęło trzy lata w szkole, gdzie nasze dzieciaki rozpoczęły swoja przygodę z edukacją.  Od września pójdą do klasy czwartej  i skończy się zabawa, zaczną się poważne obowiązki. Trzeba będzie poradzić sobie z nowymi wyzwaniami i obowiązkami,  z nowymi przedmiotami  i  zasadami. Czy dadzą radę? Czy po tych trzech latach będą potrafiły na równi z dziesięciolatkami poważnie traktować naukę i  zmobilizować się do większej pracy nad nauką w domu? Nie wiem, nawet powiem szczerze, że trochę się martwię. Moja prawie czwartoklasistka nadal chętniej wyciąga my Little Ponny i  pet shopy, niż siada do odrabiania lekcji, ale odwrotu już nie ma.

Teraz Emka oraz jej klasa zakończy edukację wczesnoszkolną i po tych trzech latach uważam ,że mogę się wypowiadać o sześciolatkach w szkole.

Moja córka, rocznik 2004,  miała być ostatnim rocznikiem, kiedy to rodzice decydować mieli o posłaniu dziecka do pierwszej klasy, teraz sześciolatkami są dzieci z roku 2007 I co ? Też rodzice decydują…Ile to będzie jeszcze trwało?  Powiem szczerze  – ja jestem wściekła na to ciągłe odsuwanie decyzji w sprawie sześciolatków. Co to w ogóle ma być…? Ciągle słyszę za rok, za dwa wszystkie sześciolatki mają iść do pierwszej klasy.  Brak odwagi I decyzyjności rządzących powala mnie całkowicie.

Ja dzisiaj sama nie wiem, czy to dobrze,  że sześciolatki mają mieć obowiązek pójścia do szkoły do klasy pierwszej. Dzisiaj tej decyzji nie umiałbym podjąć. Teraz  martwię się , co będzie za trzy lata, gdy Emka będzie kończyć szóstą klasę i będzie musiała ruszyć  w kolejny etap edukacji – do nieszczęsnego gimnazjum. Czy  tam ktoś popatrzy na roczniki dzieci i stworzy klasę składającą się  z dzieci, które poszły do pierwszej klasy jako sześciolatki?  Czy moja malutka i drobniutka córeczka w wieku 12 lat trafi do jednego wora z młodzieżą nawet  czternastoletnią…? Tego nie wiem , nie wie pewnie nikt, nawet pan premier i pani minister.  Ja na prawdę doskonale rozumiem wątpliwości o obawy rodziców młodszych dzieci, którzy nie chcą posyłać swoich pociech do pierwszej klasy. Chodzi mi tylko o to, że ci którzy posłali swoje dzieci do szkoły w wieku sześciu lat zostali oszukani!!! Tak, oszukano nas,  mówiąc w 2010 roku, że to już przesądzone, że za rok i tak wszystkie dzieci pójdą do klasy pierwszej , więc szanse w życiu, w szkole, na egzaminach wstępnych i na rynku pracy  trzeba wyrównać. A teraz co? Teraz moja córka skończyła klasę trzecia  i nadal nie ma obowiązku szkolnego dla dzieci sześcioletnich. Jak tak dalej pójdzie,  zda maturę i wciąż to rodzice będą decydować o zerówce lub pierwszej klasie. Wkurza mnie to, że słowa premiera nic nie znaczą, co rok można zamieniać zdanie, bo przecież wyborcy, matematyka sejmowa nie zna litości…Dlatego uważam, że czas skończyć tą farsę! Czas podjąć decyzję. Albo dajmy spokój tej reformie i niech każdy decyduje kiedy i gdzie jego dziecko pójdzie do szkoły, albo krótko powiedzieć, nie ma dyskusji,  sześciolatki marsz do pierwszej klasy. Kolejne roczniki słyszą, że to już ostatni raz rodzice decydują…mam nieodparte wrażenie, że chodzi o to, by całą odpowiedzialność zrzucić na rodziców. Coś się nie podoba – trudno  – taka była twoja,  rodzicu decyzja, teraz siedź cicho i nie dyskutuj.

 

Dlatego póki co – nie zazdroszczę rodzicom dzisiejszych sześciolatków podejmowania decyzji  – w tym temacie nie ma w pełni słusznego rozwiązania.  Cokolwiek zdecydujecie, przyjdzie taka chwila, że czegoś  i tak będziecie żałować .

Galopujący czas

  • Napisane 19 czerwca 2013 o 12:39

Od kilku tygodni czas umyka mi w szalonym galopie. Remont nowego mieszkania pochłonął mnie całkowicie, zarówno duchowo, czasowo oraz przede wszystkim finansowo…Cały budżet na artykuły budowlane właśnie mi się skończył, trzymam tylko kwotę na zapłacenie za wykonanie owego remontu dla ekipy . Gdy dzwoni telefon dostaję gęsiej skórki, bo zazwyczaj jest to miły głos pana Józefa, który uprzejmie informuje mnie o konieczności dokupienia farby, kleju, wkrętów oraz kołków rozporowych. A ja z obłędem w oczach podążam do sklepu budowlanego I jadąc na debecie dokonuję tych jakże uroczych I pasjonujących każdą kobietę zakupów.

Przeczytałam w tygodniku, że znana projektantka mody urządzała w jakiejś inwestycji pokazowy apartament i stwierdziła, że to jest świetna zabawa…cóż jak się ma nieograniczony budżet, to może faktycznie jest wesoło, ale jak trzeba wybierać, czy dokupić brakującą farbę, czy oświetlenie do łazienki to już przestaje być fajnie…cóż najwyżej kąpiele w pianie będziemy brać przy uroczych światłach świec…

 

Emka wybiera się odważnie na trzytygodniowe kolonie zuchowe, z możliwością przedłużenia pobytu o kolejny tydzień. Twierdzi córka nasza, że wróci na łono rodziny dopiero po czterech tygodniach, ja nie za bardzo w to wierzę. Emka nie denerwuje się wcale, ja natomiast przeżywam ten wyjazd mocno…trochę się boję, trochę jestem dumna, że moja Emka jest już taka samodzielna i  odważna i trochę się cieszę, że pojedzie, bo będziemy mogli spokojnie przeprowadzić się na nowe mieszkanie, a ona wróci i zamieszka w nowym, ślicznym pokoiku.

Z rewelacji szkolnych, to były, owszem, dlaczego nie…Emka oberwała dwie lufy z religii za pracę na lekcji (notoryczny brak książki…). Po czym poformowała mnie, że jej się na religii nudzi I od następnego roku szkolnego nie życzy sobie uczestniczyć w tych niepotrzebnych zajęciach.  Przyjęłam do wiadomości , ale wykazując się konsekwencją, pod groźbą kary najcięższej(zakaz czytania książek ) zmusiłam mojego małego antychrysta do uzupełniania brakujących tematów w podręczniku. Emka w  atmosferze ciężkiej obrazy – nomen omen- boskiej, fochów i dąsów wykonała polecenie złej matki  i podobno na świadectwie będzie czwórka…Pozostałe wynik edukacji początkowej  są na poziomie rewelacyjnym ,więc zakończyłam czepianie się dziecka, zmęczonego nauką i nawałem obowiązków szkolnych.

 

Z życia ciężarówki, to nie wiadomo kiedy brzuch wylazł mi ogromny i nawet pani w kolejce po warzywa, zaproponowała, że mnie przepuści… (!!!). Nie skorzystałam, bo nie czuje się jeszcze tak bardzo ciężarna. Zupełnie nie wiem kiedy to się stał , ale okazuje się , że właśnie kończę 18 tydzień ciąży. Za niecałe dwa tygodnie wybieramy się cała rodzina na kolejne Usg , tym razem w formacie 3D i może dowiemy się kto tam się zadomowił w moim brzuchu…

 

Przed nami najtrudniejsze parę tygodni, bo w zasadzie trzeba już powoli myśleć o pakowaniu i  przeprowadzce. Potem zacznie się urządzanie, wypakowywanie i przestawianie. Myśl o tym wszystkim przerasta moją wyobraźnię, ale nie będę się tym dzisiaj martwić, jutro o tym pomyślę, a teraz w samochód i jazda po wkręty i komplet kołków rozporowych, bo remont musi trwać i kiedyś wreszcie się skończyć.

Nie dorastaj tak szybko…

  • Napisane 27 lutego 2013 o 16:26

Ostatnio nachodzą mnie liczne wspomnienia z czasów „maleńkości” Emki…wiem,że mamy aktualnych niemowlaków, czy dwulatków marzą o chwili, kiedy potomek będzie na tyle dorosły, by ruszyć do wszelkiego rodzaju placówek edukacyjnych, dając rodzicielkom poczucie chwilowej wolności, braku uwiązania i konieczności podporządkowywania calutkiego dnia pod potrzeby malucha. A jakby to pięknie było, gdyby ten, wrzeszczący i domagający się ciągłej uwagi, owoc miłości poszedł sam do swojego pokoju, wyjął zabawki i zamknął drzwi, informując ,że teraz to będzie się bawił SAM…

Pamiętam dobrze, że też o tym marzyłam, by już nie biegać zgięta w krzyżu za Emką, nie wsadzać na huśtawkę, nie kupować kamyków i liści, udających sałatę, o tym, by  w parku, czy na placu zabaw usiąść na ławce z książką i tyko zerkać co chwilę, gdzie też moje dziecię aktualnie spędza czas…

Tak, tak…okazuje się, że marzenia spełniają się szybciej, niż się nam zdaje…Emka sama już od dawna sobie czyta ( w zasadzie połyka te książki w tempie błyskawicy), sama potrafi wyjąć jogurt i drożdżówkę, sama ( przy zamkniętych drzwiach swojego pokoju) bawi się lalkami, kucykami, pet-shopami, czy innymi gadżetami…sama bierze prysznic, sama decyduje, czy założy sukienkę, czy dżinsy; sama czasem wyrzuca śmieci…od kilku dni sama zaściela swoje łózko.

A więc, mam to wszystko o czym marzyłam kilka lat temu…ale też mam inne rzeczy, otrzymane gratis wraz z dorastaniem dziecka…

Dostałam m.in. :

- bunt i kłótnie o porę i miejsce odrabiania lekcji,

- awanturę o to czy już jest pora na kąpiel

- obrazę boską o to, że już czas zgasić światło

- dąsy o poranne wstawanie, zazwyczaj  zakończone moim  krzykiem „ Jazda do łazienki!!!” ( a chwilę temu marzyłam , by pospała chociaż do siódmej…)

- fochy jedzeniowe  pt. „ nie zjem, bo to ma żyłę/tłuszcz/ czerwoną kropkę / pieprz”

-foch jedzeniowy ostateczny „ nie będę jadła mięsa – jestem wegetarianką…”( moje prośby, groźby i tłumaczenia mają efekt mizerny….- koleżanka ze świetlicy jest wegetarianką całe życie i żyje nadal)

- samostanowienie o stylizacji (córeczko, załóż na wycieczkę kombinezon….-mówi mama – weź się , mamo…będę głupio wyglądać…- odpowiada córeczka )

-  stanowcze prośby o nie robienie obciachu (gdy wracamy  ze szkoły, to nie pozwala trzymać się za rączkę  oraz nie ma już powitalnych buziaków…, gdy z klasą idą na wycieczkę, a ja z troską przypominam, żeby dobrze założyła szalik i czapkę to wzrusza ramionami (mamo, wiem, przecież nie jetem małym dzieckiem…)

- groźby (niekaralne), gdy coś córeczce kochanej nie pasuje (”wyprowadzę się do babci, zobaczysz….”)

- olewanie informacji,  że obiad jest na stole

- kilkunastominutowe dylematy bieliźniane w porannym niedoczasie ( „ nie założę majtek z króliczkiem, bo mam dziś WF!!!”)

- ogólne fochy, dąsy, obrażania oraz niewłaściwy ton, w trudnej do przewidzenia sytuacji…

I czasami, gdy Emka siedzi w swoim pokoju, czytając komiks lub notując coś ważnego w  zamykanym na kluczyk pamiętniku ,ja po cichutku tęsknię do pulchnych paluszków, do zasypianiu tam, gdzie popadnie, do  dreptania każdej  nocy do naszego łóżka, do prawdziwego strachu przed czarownicą, do naszego spania w jednym łóżku, do noszenia na rękach, do pierwszych ząbków, do przekręcanych słów, do pierwszych, nieporadnych kroków na sztywnych nóżkach, do pierwszego bezzębnego uśmiechu,  a nawet do nieprzespanych nocy( z czasem wydaje się,że w ogóle ich nie było…)

Dlatego chwilo trwaj, a ty moja wspaniała i niemalutka już córeczko nie dorastaj za szybko….

Jak kobieta w domu „siedzi”….

  • Napisane 21 lutego 2013 o 17:03

Siedzenie w domu jest zajęciem męczącym, nużącym i frustrującym…to wiedzą wszystkie kobiety (oraz mężczyźni…), którzy jakiś czas swojego życia spędzili w domu odchowując potomstwo, bo siedzenie w domu najczęściej wiąże się z tymże obowiązkiem.

Jako, że Emka jest panienką już ośmioletnią, to co nieco już umknęło mojej pamięci, ale teraz od Nowego Roku dziecię moje choruje, to przebywam w domu w sposób stały i ciągły. Tak…i tu właśnie nasuwa mi się pewna myśl – siedzenie w domu – cóż to znaczy? Gdy ktoś mówi o kobiecie, wychowującej w danym momencie dzieci, to mówi ” ona to teraz w domu z dziećmi siedzi….” Czy aby na pewno siedzi?

Jak  wyglądał mój dzień siedzenia w domu z niemalutkim już dzieckiem? A tak:

1. Rano po porannych zabiegach pielęgnacyjnych zaścieliłam łózko, przwietrzyłam oraz poskładałam pozostawioną przez T. odzież wszelkiego rodzaju

2. Próbowałam obudzić Emkę ( z myślą, że jak ona będzie wstawać do szkoły o 7.00), dałam świnkom jeść, bo japy piłowały,  jak tylko weszłam do pokoju Emki.

3. Wzięłam psa i poszłam po świeże pieczywo.

4. Ponownie próbowałam zwlec Emkę z łóżka, gdy to się już udało musiałam przeprowadzić batalię o mycie teraz, a nie po bajce, czy śniadaniu. Następnie pościeliłam łóżko oraz ogólnie ogarnęłam pokój .

5. Zrobiłam śniadanie Emce.

6. Sama zjadłam śniadanie

7. Przeprowadziłam kolejną batalię o natychmiastowe przyjęcie, a nie po bajce, wszystkich lekó , w tym antybiotyku.

8. Posegregowałam pranie na kolory i wstawiłam wodę na kawę.

9. załadowałam pralkę i zdjęłam suche już  pranie (włączyć pralkę to już  zapomniałam)

10. Emka się spociła, więc pilnowałam, żeby się przebrała. Ponownie wstawiłam wodę na kawę.

11. Zdjęłam  skrzynię z zabawkami, do której Emka nie dosięga. Odebrałam telefon od pani, proponującej mi spotkanie w celach zdrowotnych z możliwością nabycia pościeli z owczej wełny.

12. Wzięłam się za brudne naczynia i ponownie wstawiłam  wodę na kawę. Przypomniałam  sobie, że miało się już prać, a się nie pierzę, więc poszłam włączyć pralkę.

13. Zrobiłam sobie kawę!!!

14. Naszykowałam owoce i inne drobiazgi na przekąskę dla Emki. Zrobiłam listę zakupów.

15. Zostawiłam Emce II śniadanie, pilota, książkę i pojechałam do supermarketu na szybkie zakupy.

16. Wyszłam ponownie na spacer z psem

17.  Rozpakowałam zakupy i wstawiłam zupę.

18. Zagoniłam Emkę do uzupełniania lekcji.

19. „razem” posprzątałyśmy klatkę świnek.

20. Złożyłam wcześniej zdjęte pranie i powiesiłam, to co zostało wyprane.

21. Ponowna batalia o leki.

22. Emka zapałała chęcią wytworzenia czegoś pysznego dla tatusia, a więc będzie robić „sama” twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem oraz sałatkę z makreli….

23.  Sprzątam pobojowisko w kuchni oraz szykuję spaghetti bolognese na obiad.

24. T. wraca  pracy, ja podaje obiad.

25. T. odpoczywa po pracy i posiłku, ja ponownie sprzątam kuchnię.

24.  Zaganiam Emkę do sprzątania zabawek, kredek, kartek oraz wszelkich innych niezbędnych do chorowania przedmiotów

25. Usiadłam na kanapie i zamieniam klika zdań z T.

26. Ponownie zaganiam Emkę do sprzątania oraz bronię się usilnie przed zmuszeniem mnie pomocy(czyli posprzątania), no w końcu ile lat mogę sprzątać  i układać zabawki na półkach…?

27. Szykuję kolację dla Emki

28. Oglądam Fakty

29. Awantura (tym razem mniejsza) o leki

30. Rozścielam łóżko Emce, układam i chowam ubrania, wietrzę pokój

31. Uczestniczę w dyskusji o tym, czy warto brać szybki prysznic i mieć czas na czytanie, czy lepiej posiedzieć dłużej w wannie (jednak prysznic…)

32. Emka czyta sobie książkę, ja usiadłam , T. wyszedł na spacer z psem

33. Czytam dziecku bajkę na dobranoc, głaszczę po rączce, całuję, przynoszę wodę, przynoszę chusteczki, ponownie całuję, obiecuję, że będę zaglądać.

34. Zaglądam

35. Emka śpi, ja jestem okrutnie zmęczona oraz bolą mnie nogi, jakbym zrobiła 8 km piechotą….a przecież siedzę w domu!!!

Nic ważnego…

  • Napisane 25 listopada 2012 o 18:37

Królewna męczy mnie już jakiś czas o kolejne zwierzę, które mogłoby zamieszkać w naszym królestwie na 10 piętrze. Ubzdurała sobie króliczka. Ja też należę do wielbicieli wszelkiej maści sierściuchów, głównie psów, więc dałam się przekonać. Poczytałam jednak sobie o królikach i chyba się jednak nie zdecyduję…

Nie będę jednak taka okrutna i będziemy mieć świneczki…Trafiłam w necie na stronę Stowarzyszenia Pomocy  świnkom Morskimi już jesteśmy po pierwszych rozmowach. Królewna upatrzyła sobie dwie starsze świnki (cudne!!!) i te właśnie mamy zamiar adoptować. Świniaczki są, co prawda trochę starsze (2 i 3 lata), ale bardzo urocze i oswojone,  a najważniejsze,że akceptują psy. Troszkę się tylko obawiam, że świneczki nie pożyją jakoś szczególnie długo i rozpacz wówczas będzie straszliwa…ale Emka(tzn. Królewna, bo mówi, że już ma 8 lat i nie wypada mówić o niej Królewna…) pokochała już świniulki całym sercem.

- to co, że są już bardzo dorosłe, tym bardziej musimy je zabrać i dać im prawdziwy dom, mamo!

-a może chciałabyś jakieś maluchy…- próbowałam ja przekonać, pełna obaw o czas pobytu na ziemskim padole tych zwierzątek

- nie i koniec kropka. ( jeszcze nie dawno przy tym zwrocie Emka mówiła tak : „koniec,kropka pl)Ja chcę te dwie, bo ich nikt nie chce, wszyscy chcą maluchy, bo są słodkie, a ja chce te, których nikt nie kocha…mamuś, proooooszę….- przemawiało moje kochane dobre serduszko.

(Czasem to na prawdę pękam z poczucia dumy i szczęścia, że Emka jest takim dobrym i mądrym dzieckiem….)

Tak więc mają być dwie świńskie przyjaciółki, bo podobno kochają się bardzo i adoptować można je tylko razem. Decyzja zapadła, Emka z T. po dzisiejszym basenie właśnie pojechali zakupić niezbędny osprzęt. Emka wyjęła ze skarbonki wszystkie swoje zaoszczędzone pieniądze i powiedziała, ze wszystko kupuje za własną kasę…Załatwiła też z moimi rodzicami kwestię opieki nad owymi świntuszkami, w razie naszych wyjazdów. Mój ojciec nawet obiecał, że będzie świniom opowiadał bajki i śpiewał kołysanki, co Emka – Królewna przyjęła z wyraźnym zadowoleniem.

Jutro czeka nas wizyta przed adopcyjna i jeśli warunki zamieszkani świnek będą odpowiednie to już w tym najbliższym tygodniu nasze Królestwo zamieszkają dwa morskie prosięta…zobaczymy tylko, co na to powie nasza sunia…

Ja wiem, że to będzie kolejny obowiązek do mojej listy, ale co tam! Niech dzieciak ma zwierzyniec, to jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a kiedy ma hodować zwierzaki, jak nie teraz? Nie ma rodzeństwa  i nic się nie zapowiada, żeby to miała się tasutuacja zmienić, to niech chociaż otaczają ją sierściuchy, które będzie mogła kochać mocno i dbać, tak jak potrafi. A my będziemy jej w tym pomagać i jak znam życie też pokochamy te dwie kudłate dziewuszki…

T. powiedział, że świnki mogą być i obiecał  Emce, że będzie je kochał i czasem pomagał w sprzątaniu klatki.  Emka już od piątku nie mówi o niczym innym i jest radosna i szczęśliwa, jak skowronek.

A ja,  tak  siedzę sama i myślę, że mam fajną rodzinę…dzieciak szczęśliwy, mąż kochany i akceptujący wszystkie nasze szalone pomysły, pomaga Emce właśnie wybrać kolor legowiska i rodzaj miseczek…jakby to był najważniejszy projekt do zrealizowania w najbliższym półroczu…i niby nic ważnego się nie stało, a to, co teraz czuję, to chyba jest  właśnie szczęście….

Poproś mamusię…

  • Napisane 19 listopada 2012 o 13:16

Wczoraj wybraliśmy się na niedzielny obiad do teściów. Dla naszej Królewny atrakcją tego spotkania miała być ciocia z nowym, kilkutygodniowym dzieckiem. Była bardzo przyjemnie i wesoło, szczególnie wtedy, gdy brałam malucha na ręce, a on uprzejmie za każdym razem ulewał nieprzetrawione mleko na moje ramię…Królewnie podobała się ta żywa lalka, ale nie wykazywała histerycznego zachwytu nad noworodkiem(ku mojej uldze…).

Dziecko, jak dziecko…ładne malutkie i cieplutkie, ale mnie też nie porwało…i nie doznałam nagłej potrzeby urodzenia i posiadania podobnego brzdąca. Pomijam, że na tą chwilę nie jest to pomysł realny i odpowiedzialny…

Dziką chęć i potrzebę posiadania młodszego rodzeństwa Królewna przeżyła mniej więcej rok temu, gdy dwie nasze zaprzyjaźnione rodziny wydały na świat śliczne bobaski….godziny rozmów,opowieści i tłumaczeń dlaczego nie możemy mieć kolejnego dziecka, rozmowy o plusach i minusach posiadania młodszego rodzeństwa przyniosły  efekt i na tą chwilę Królewna już ze spokojem reaguje na małe dzieci. Wiem ,że byłaby fantastyczną starszą siostrą  i może byłaby szczęśliwszym dzieckiem, jeśli miałaby rodzeństwo, ale moje życie zawodowe ( czyli brak etatu i sporadyczne dorabianie zleceniami) i strach o finansową przyszłość naszej rodziny,  spowodowały ciągłe odkładanie w czasie decyzji o drugim dziecku. W końcu ustaliliśmy z Królewną, że nasza strategia to ” jeśli nie będzie rodzeństwa to nie będziemy się martwić, ale jeśli się będzie miało pojawić, to będziemy się cieszyć”.

Trwało to dłuższy czas i serce czasem mi pękało, gdy Królewna ze łzami w oczach mówiła o braciszku lub siostrzyczce…ale ten etap mamy już za sobą.

Tak, ale mój teść, który pała wprost dziką potrzebą posiadania wnuka płci męskiej, całą ( no może przesadzam) wczorajszą wizytę prowadził z Królewna rozmowy…

-No…podoba ci się taki dzidziuś? Śliczny, prawda?

-śliczny…- przytaknęła Królewna

- No to poproś mamusię, niech ci takiego braciszka urodzi!- wykrzyknął radośnie dziadek, a mnie jakby ktoś w pysk dał, ale nie odzywam się i udaje,ze w ogólnym zamieszaniu nie słyszę tej rozmowy…

- Dziadku…-rzekła z politowaniem Królewna – co, ty nie wiesz, że to nie wystarczy poprosić, to nie takie proste- rzekła moja mądra córka

Teść/dziadek jeszcze kilkakrotnie podczas tej wizyty przekonywał Królewnę do namawiania mamusi na braciszka, ale Królewna nie dawała się już wciągnąć w dyskusję na ten temat…muszę przyznać, że w tym czasie targały mną dwa uczucia: wściekłości, że temat teść rozdrapuje i ogromnej dumy z mojej małej dzielnej córeczki, która, według mnie, wykazała się ogromną dojrzałością i mądrością, jak na ośmiolatkę i nie wdała się już więcej w rozmowę z dziadkiem na ten temat.

Moja kochana, mądra córeczka…a może nadal bardzo by chciała mieć rodzeństwo, tylko już nie wierzy w spełnienie tego marzenia.. ? Tego nie wiem i chyba boję się zapytać….


  • RSS