Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'niemowle'.
Wyświetlam 1 - 5 z 5 notek

Kreatywnośc matki nie zna granic

  • Napisane 9 czerwca 2014 o 20:42

Rok szkolny zamierza się wkrótce zakończyć,  z czego ja cieszę się  równie mocno, jak moja córka. Koniec z porannym wstawaniem, awanturami o śniadanie oraz o stylizacę. Emka kończy czwartą klasę na fali sukcesu, czekając na wręczenie świadectaw z tzw. czerwonym paskiem. W szkole zachowanie wzorowe, za to w domu trzeba dać upust swym emocjom oraz samostanowieniu – tzn ” nie zrobię, nie założę, nie zjem , zrobię to jutro , nie zmusisz mnie” i tym podobne urocze i jakże kojące duszę matki zwroty…

Plany wakacyjne sprecyzowane – najpierw  - o radości wszechogarniająca  - cztery tygodnie obozu harcerskiego , następnie  trzy tygodnie z babcią na działace, gdzie juz banda dzieciaków snuje skomplikowane plany zabaw wszelakich, a na deser morze…w deserze będziemy brać udział wspólnie.

Iga rośnie, rozwija się, głównie towarzysko – matka nudzi ją w sposób niemiłosierny, co werbalizuje marudzeniem i marsowa miną. Nie wolno matce odejść od dziecka bez wyraźnego pozowlenie, które wydawane jaest na krótko, podczas drzemki. Dziecko jest towarzyskie i spragnione rozmów, dlatego trzeba mówić, opowiadać, nosić, podrzucać, łaskotać , czytać wiersze Tuwima, ale tylko trzy wybrane, wyraźnie ulubione.  Nie wolno również przy dziecku niczego jeść, bo kończy sie taka niesubordynacja poważnymi pretensjami,  przecierz Igusia już też lubi jeść – wszystko – a nie tylko pokarmy przeznaczone dla niemowląt po 6 miesiącu.

Pies nasz, znaczy suka, jest wredną suką, ponieważ nie pozwala się łapać, tarmosić, ani wkładać paluszków cudnych do otworów psa /suki przeróżnych, a dziecko się frustruje, że nie może…Można za to dziecku dać surową marchewkę do lizania, można śpiewać (na razie się podoba – dziecko jeszcze nieuwrażliwione muzycznie), można dać do ręki trzepaczkę do jajek oraz drewniana łopatkę. Można jeszcze dziecko położyć na gołej podłodz, wtedy dziecko może swobodnie przemieszczać się ślizgiem wokół własnej osi. Można też dziecko zabrać na spacer, ale tylko w spacerówce i tylko w pozycji wyraźnie siedzącej, mimo, że jeszcze owe dziecko nie siedzi samodzielnie. Od czasu do czasu i nie dłużej  niż trzy minuty dziecko pozwala posadzić się przed wirującą pralką – to też bywa odrobinę interesujące. Jak już wszystko staje się nudne i beznadziejne można dziecku włączyć kanał baby first, gdzie odbywa się czarnobiały teatrzyk cieni lub z rogu ekranu wyskakuje kolorowa małpka. Wtedy jest chwila spokoju – a zła, zła, bardzo zła matka, która pozwala niemowlęciu oglądać telewizję jest obdarzona 5 minutami niezasłużonego spokoju.

Z dobrych wieści: udało mi się wreszcie być u fryzjera,  a profesjonalistka, która czyniła porządek na mej głowie orzekła, że kolor swój mam genialny i mam nie farbować,  a tych klika siwych włosów to tylko dodaje uroku… (???). Jakoś się ogarniam z ogarnianiem domu, praniem i gotowaniem – grunt to ustalenie priorytetów i rezygnacja z nieuzasadnionych fanaberii własnych

A teraz oto właśnie zakończył się czas wolny i matka musi lecieć do dziecka, które obudziło się z porannej drzemki i oczekuje kreatywnych zachowań , stymulujących rozwój psychoruchowy, właściwy dla niemowlęcia w siódmym miesiącu życia….

No, pięknie…to się dowiedziałam…

  • Napisane 23 maja 2014 o 08:17

6 miesięcy po porodzie, zdawało mi się, że doszłam do jako- takiego wyglądu, to znaczy, że figura jakoś wróciła do kształtu zblizonego do tego  sprzed ciąży. Okazało się, że jednak zdawałao mi się tylko. Wczoraj w supermarkecie uprzejma pani postanowiła mnie przepuścić w kolejce do kasy, bo – jak powiedziała – mam pierwszeństwo. Fakt, że założyłam bluzkę , którą nosiłam w 5 miesiącu ciąży i może rzeczywiście mój super płaski i wyćwiczony brzuch  z rzeźbą kaloryfera wyglądał nieco ciążowo, ale bez przesady…Jak tylko wróciłam do domu, to natychmiast bluzkę zdjęłam i schowałam  na najwyższą półkę w szafie. Od kilku tygodni ćwiczę dwa razy w tygodniu, ale są to ćwiczenia dal leniwców totalnych, czyli właśnie dla mnie. Cóż z tego, że ćwiczę, skoro wciąż jestem głodna…Igulinka na mej wybujałej piersi odpasiona jest całkiem porządnie i jakoś to mleko trzeba produkować. A w związku z tym, że miała na buzi azs, wyeliminowałam z jadłospisu bardzo wiele produktów – nie jem nic co było krową lub czegoś, co koło krowy się znajdowało, warzywa to też jakaś wybiórcza  nędza, owoce – jabłka, gruszki i morele. Truskawki, które właśnie się pokazały, tylko pachną mi kusząco, gdy szykuję dla T. i Emki. No, cóż  - za rok sobie pojemy te wszystkie pyszności. Teraz mogę tylko nacieszyć oczy.

Igusia zawzięcie ćwiczy siadanie, dziwga się, ale jescze ciężko to idzie. Kilka dni temu Igusia wyszeptała „tatatata”. Mocno była tym zaskoczona, ale zachwyciło ją to bardzo i teraz już artykułuje to pełnm głosem. T. oczywiście zachwycony twierdzi, że juz niedługo będzie z nami rozmawiać. Największą miłością Igi jest Emka, która śpiewa jej piosenki i wykonuje skomplikowane układy taneczne. Na taką rozrywkę Iga reaguje gromki wybuchami radosnego śmiechu. Problem pojawia się jednak, gdy Emka kończy to wszystko i idzie zajmować się swoimi sprawami. Mamusia już nie jest taka interesująca. Mamusia to poprostu obsługa techniczna, a do zabawy najlepsza jest siostra, no…ewentualnie tata.

Obsługa obsługą, ale mama ma być na miejscu, pod ręką. Pozostawienie Igusi bez obsługi technicznej ostatnio stało się niezbyt realne…Wybrałam się do fryzjera, na wizytę czekałam dokładnie 34 dni. Tak, dostać się do na prawdę dobrego fryzjera to prawie jak do lekarza specjalisty na NFZ. Nic to, zęby zacisnęłam, włosy w kucyk uwiązałam i czekałam…nadszedł wreszcie dzień mej przemiany.Roztropnie umówiłam się na godzinę 20, kiedy to latorośl młodsza pogrążona jest w błogim, słodkim śnie, a latorośl starsza w piżamce czyta książkę(cóż za idealny obrazek rodzinnego wieczoru)

Dziecko wykąpane, nakarmione, mleko przez cały dzień doiłam, aby T. w razie potrzeby miał czym zatkać głodne pyszczydło.

Śpi….ja cichutko wymykam się z domu…wolna, swobodna, w samochodzie radio na cały regulator,  w torebce zakazany snickers…jadę. Dotarłam trochę przed czasem, ale to nic, poczytam kolorowe gazety, wciągnę batonika, popiję dla zdrowia zielona herbatką, serwowaną w salonie…Cóż za cudny wieczór.

- Pani na 20? – pyta się uprzejmie recepcjonistka – a telefon zostawiła pani w domu, bo dzwoniłam, żeby uprzedzić. Mąż odebrał.

- Na prawdę? – zaniepokoiłam się. Przez myśl tylko przeszło mi cichutko, że T. nie ma ze mną kontaktu, jakby co…

Siedzę sobie, kolorowy magazyn przegladam, spokojem i zbliżającą się metamorfozą cieszę. W recepcj dzwoni dyskretnie telefon…Nagle cień złowieszczy pochyla się nade mną, wyciągając  przed siebie telefon.

-Do pani, mąż chyba…- a ja w słuchawce słyszę przeraźliwy wrzask Igi, a T. wzywa do natychmistowego powrotu. Próbuję negocjować, ale słyszę, że to już nie płacz, a krzyk straszliwy. Już wiem, że w tym właśnie momencie mój wolny wieczór dobiegł końca. Gdy dojeżdzam do domu krzyki słychać już na 2 piętrze. Nie wiem ,czy to brzuszek, czy może początek ząbkowania, ale nawet pierś nie pomagała.

I tak to właśnie jest. Dziecko nasze przez blisko 6  miesięcy nigdy tak nie płakało, z błogim uśmiechen zapadało wieczorem w o sen, śpiąc prawie do północy. Ale gdy tylko zachciało mi się fryzjera, to córka rzekła, że chciałoby się, o nie ma tak dobrze, siedź na tyłku mama, bo jak nie…Byłam na prawdę wściekła, że nie udało mi usiaść na fotelu. Kiedy Igula , szarpana szlochami wreszcie usnęła, ja usiadłam na kanapie, łykając łzy zawodu i rozczarowania. T. stwierdził, że  i tak wygladam ładnie…jasssssne.

Nastepny termin wizyty u fryzjera za dwa tygodnie…znaowu włosy w kucyk, zęby zacisnę…wytrzymam.

Nie dzieje się nic

  • Napisane 13 maja 2014 o 09:05

Pasowanie na harcerza mamy już za sobą. Było bardzo uroczyście i wzruszająco. Emka przejęta prawie do nieprzytomności, z poważną, grobową miną i malinowymi wypiekami na policzkach składała kwiaty pod pomnikiem. Igula dzielnie to wszystko znosiła, robiąc sobie dyskretną, niedługą drzemkę, spacerując pomiędzy grobami powstańców.

Emka niepokorna, jakiś bunt silniejszy przechodzi.  Trochę sie popsuła – więcej siedzi przy komputerze, mniej chętnie bierze sie za naukę, za to chętniej strzela na oślep ulubionym  wszystkich dzieci  słowem – „nie”. A moja cierpliwość jest już na takiej rezerwie, że ciągnę na oparach. Nie mogę jednak tylko narzekać, bo chociarz niepokornajest i zbuntowana, to przynosi prawie  same piątki (zdolna bestia…)

Igula przekłada już zabawki z jednej rączki do drugiej, dziwiga i podciąga plecki  w górę- jeszcze chwila i bedzie siedziała. Gdy podałam jej nowy gryzaczek, to chwyciła i z zawzięciem zaczęła nim potrząsać, ewidentnie oczekując grzechotania, gdy nie odnotowała oczekiwanego efektu, porzuciła nudne badziwie w kąt. Najlepszą, najciekawszą i najukochańszą zabawką( oprócz Żyrafki Sophie) jest pusta, pognieciona, koniecznie nebieska, butelka po wodzie mineralnej – jak wiadomo, inteligentni ludziesię nie nudzą. A ja,  dzięki tej fantastycznej zabawce mogę czasm  zjeść śniadanie, albo powiesić pranie.

Igusia  - pulpecik tłuściutki  - słodycz sama…te wałeczki na udkach, ta dupinka mięciutka i pulchniutka, paluszki, jak serdelki, ozdobione przy kosteczkach dołeczkami…, uśmiecha się bezzębnie, nawołuje i i gulga. Ale nie zwiodą mnie te czary…wiem, że to tylko tak na chwileczkę, na momencik, a za parę lat też będzie bunt i pyskówa. Ale teraz jest słodko…

 

 

 

Kiedyś się ogarnę

  • Napisane 24 kwietnia 2014 o 09:40

Ostatnio jestem w ciągłym niedoczasie. Igula postanowiła jeszcze mniej (jeśli to w ogóle możliwe…)spać w dzień. Gdy tylko podstępem niecnym wysmyknę własną, wymęczoną pierś, z jej ciągle głodnej paszczy i posuwając się ruchami płynnymi i bezszelestnymi opuszczam komnatę księżniczki, mając w głowie plany , co też ja teraz w wolnej, upragnionej chwili, będę robić…i gdy już biorę do ręki ulubioną filiżankę z kawą – czarną i pachnącą, rozlega się rozkoszne,nieśmiałe, ale na swój tajemniczy sposób natarczywe kwilenie lub gulganie. I koniec balu panno Lalu. Nie ma prania ani sprzątania. Będzie zabawa…ewentualnie ponowne cycowanie…

W związku z tym,że nie mogę na bieżąco ogarnąć chałupy, robię się zła, zrzędząca i czepiająca się (dwa ostatnie epitety wyartykułowała moja córka duża oraz mąż). Wkurza mnie to strasznie, że gdzie nie padnie moje zmęczone spojrzenie, to widzę zaległą robotę…a to słońce zaświeci i widać kurz na meblach, a to wiaterek wiosenny zawieje i wydmucha spod komody kłaczek kurzu, a to pranie leży mokre w pralce…ciągle coś…a ja niestety lubię mieć ład, porządek i czysto w miarę. Ale, cóż lubisz porządek i czystość – twój problem.

Emka, w przeciwieństwie do sfrustrowanej mamusi, żyje beztrosko i radośnie, mając w głębokim poważaniu wszelakie obowiązki oraz wszelkie inne sprawy. Owszem, lekcje odrobi, ale pouczyć się to już niekoniecznie…co tam, jakoś to będzie. Ale,żeby tylko to…
Kupiłam sobie sliczną, szarą, cieniutką – w sam raz na wiosnę – szaliko-chustę.Mamo, mamo….mogę założyć, zobacz,jak mi pasuje…no owszem, pasuje i ładnie tej mojej córce….dobra weź. Wraca ze szkoły radosna i frywolna…gdzie chusta – pytam złowieszczo. Och…zgubiła się, drobiazg, czego się czepiasz mamo…?

Już wkrótce Emka zuch, zostanie Emką druhną. Będzie wielka impreza na Wojskowych Powązkach – pasowanie na harcerza. Ale…trzeba zakupić dziecku nowe – harcerskie już – umundurowanie. Dobra, dziecko musi mieć, trzeba jechać.Nic to ,że składnica w samym centrum, że korki, że nie ma gdzie zaparkować…mus to mus…T. bierze córeczkę – jadą. Cud – miód -malina: bluza elegancka, pas parciany, pierścień do husty skórzany. Ślicznie…uff…no to mamy załatwione. Mija sobie jeden dzień, drugi i trzeci…Słońce świeci, wiosna kwieci…Mamo, a ja jeszcze nie mam spódnicy do munduru – słyszę słodki głos córeczki, zdradzający pewne zniecierpliwienie nieodpowiedzialnościa matki – a i jeszcze getry…- ręce opadają. Dobra, nie ma to- tamto – mundur galowy musi być. Zaprzyjaźniona znajoma z córką o podobnym rozgarnięciu, odbiera harcerki ze szkoły i jadą. Spódnica jest ( nieco worowata, ale dobra, niech będzie)czarne getry są. Uff…no to z bańki. Mija jeden dzień, drugi, mija trzeci…-mamo, a co z furażerką?aaa…i te getry to są złe, muszą mieć biały pasek i jeszce finkę muszę mieć – informuje mnie beztrosko latorośl. No i czego zrzędzisz mamo, no i co się wielkiego stało…Ożeszku…Pojechaliśmy, kupiliśmy? No, a jakżeby inaczej…jak to, dziecko nasze miałoby być niewpełni umundurowane???Przecież kwiaty pod pomnikiem Powstańców ma składać, jescze jej tę fuchę odbiorą…Cała ta przyjemność kosztowała nas grubo ponad dwie stówy.
Beztroska mojej Emy rozwala mnie…i wyzwala bezwarunkowy i niekontrolowany szczękościsk.

Co jeszcze…?
Jeszcze…to spojrzałam nieco uważniej w lustro- nie rób tego, nie rób…nie patrz – mówiło mi serce. Patrz, przyjżyj się – podpowiadł rozum. Trzeba było serca słuchać…Włosy, onegdaj (czyli przed nawałem roszalałych hormonó, wywołujących laktację)kręcące się- zwisają smętnie, miejscami napuszone, cera blado-szara, oczy przekrwione (bynajmniej nie od przepicia, niestety…) dzinsy, jakowyś opiętę nadto, bluzka utytłana i z plamami produktu własnej piersi, które Igula łaskawa była ulać na moje ramię…nie, no ósmy cud świata. I jak ja mam wyjść na spacer?Ludziom normalnym sie pokazać? A tu jeszce ze śniadaniowej tiwi, blond Jola P., przyczesana na gładko, odziana w niebieską skuienkę, na tle żółtych tulipanów, zerka z przyganą, wymachując chudą nóżką, odzianą w nieludzką szpilę – wstyd, wstyd kobieto, ogarnij się – tak do mnie mówi, na prawdę…
Wychodzi na to,że czas najwyższy się odgruzować. Przysięgam na wszystko – szepczę z przejęciem do zmorowatego odbicia w lustrze – ogarnę się…

Ostatnie tygodnie ciąży i inne wydarzenia

  • Napisane 22 kwietnia 2014 o 08:50

Ostanie tygodnie ciąży dały mi nieźle w kość. Wiadomo, nie mogłam spać, nogi mi spuchły i  mimo ciepłej słonecznej jesieni paradowałam w kloszach, ból rąk nie dawał mi spokoju i w dzień i w nocy, a na końcu rozszalało się ciśnienie..  Komputer odmówił współpracy, a później czas uciekał, noworodek zmienił się w niemowlę i  potoczyły się dni, tygodnie i w końcu miesiące…

13 listopada

Wylądowałam na oddziale patologii ciąży w szpitalu na Inflanckiej z cholestazą, obrzękami i nadciśnieniem. Wydarzenie to pogłębiło na moją frustrację, bo szpital to dla mnie udręka totalna.

Na szczęście towarzystwo w pokoju dopisało…(pozdrowienia dla Magdy P.), położne wesołe, wyrozumiałe i serdeczne.

18 listopada

No i rachu ciachu i Igusia wydostała się z przytulnych odmętów mojego brzucha…

Poszło szybko, ale nie powiem, żeby lekko. Panienka sporych rozmiarów była (56 cm  i 3710 g). To niby nic, ale obwód jej główki (35 cm) sprawił mi odrobinę dyskomfortu…:) . Znieczulenia nie dostałam, ponieważ wszystko potoczyło się  w tempie ekspresowym (T.ledwo zdążył dojechać…). Na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie i w drugiej dobie wyszłyśmy do domu. Emka była zachwycona (choć później przyznała,że siostrzyczka  w pierwszych dniach była brzydka, niczym nomen-omen…noc listopadowa).

24 grudnia 2013

Wigilia u moich rodziców i pierwszy uśmiech Igusi, raczej mało świadomy, ale prześlicznie bezzębny i uroczy…

5 stycznia 2014

Pierwsze prawdziwe łzy Igi – mama zrobiła straszna krzywdę, smarując języczek aftinem.

15  stycznia 2014

Ogarniam jakoś to wszystko.

Sprzątanie, jakiś szybki obiad, spacer z Igusią, potem pakuję ją w fotelik, jadę po Emkę do szkoły. Później kierat domowy, jest trochę pracy, ale, to trochę dziwne…odczuwam  w tym wszystkim radość jakąś…

Emka radzi sobie doskonale, usamodzielniła się bardzo…bez większych problemów radzi sobie z nauką, sama pilnuje odrabiania lekcji i bardzo mi pomaga, zajmując się przez chwilę siostrzyczką, z dumą nosi ją na rękach i czyta jej książeczki. Nie, no idylla po prostu…

28 stycznia 2014

Igusia wisi na cycku i je i je…a a waga rośnie. W pełni swej okrągłej buzi, cudnych wałeczków i tłuściutkiej pupci zasługuje na ksywkę Pulpecji…

6 lutego 2014

Emka wypadła na półrocze fantastycznie…same piątki i dwie czwórki…mój kujonek cudny, uczennica najzdolniejsza. Młodsza też odnotowuje postępy, mianowicie patrzy jakoś tak przytomniej i rewelacja – odpowiada uśmiechem na uśmiech…Ale mam zdolne dzieci…

19 lutego 2014.

Iga odkryła swoje cudne pulchne rączki. Piąstki wpycha do buzi już od tygodnia, ale teraz  z ogromną uwagą i wielkim, niemym „oooo….”przygląda się rączkom i paluszkom. To musi być zachwycające odkrycie…

3 marca 2014

Pierwsze próby głośnego, radosnego śmiechu  podczas zabawy w „idą raczki  nieboraczki”.

Że są rączki , to Iga wie już na pewno, ale że są mięciutki i cieplutkie, to właśnie sprawdza i z wielkim zawzięciem wpycha je do  paszczy, ćumka, mlaszcze, a ślinotok ma przy tym nieprawdopodobny…

16 marca 2014

Pierwsza wizyta na basenie. Wyprawa jak na wojnę…pieluchy, mokre chusteczki, ubranka na zmianę, balsamy, kremy, ręcznik, kocyk, pieluchy do pływania oraz tysiąc innych niezbędnych gadżetów…w drodze Iga darła się, jakby obdzierano ją ze skóry. Gdy dotarliśmy na miejsce, odczekaliśmy w kolejce i wreszcie dostaliśmy po kluczyku do szafek, okazało się, że Emka nie wzięła „stanika” od kostiumu i nastąpiła rozpacz i szlochy,że bez stanika, to ona nie wyjdzie do ludzi

Jak wiadomo, potrzeba matką wszelkich pomysłowych rozwiązań i Emka wykorzystała swoją czarną podkoszulkę. Pozawijała, ponaciągała i zadowolona wkroczyła na basen. Igusi bardzo przypadło do gustu pławienie się w chłodnej wodzie,  ale wyraźnie zadowolona była w jacuzzi, gdzie T. zabrał ją, by wygrzała swoje tłuściutkie nóżki w gorącej wodzie.

18 marca 2014

Iga wybrała się ze mną na nowy rodzaj spaceru – wsadziłam ją do nosidła, twarzą do świata i poszłyśmy na wycieczkę po naszym osiedlu.  Była wszystkim bardzo zainteresowana, dotykała kory drzew, młodych, malutkich listków i gałązek. Gdy wracałyśmy zaczął padać lekki deszcz i to dopiero była niesamowita frajda.

4 kwietnia 2014

Dzisiaj Iga zauważyła obecność naszej suczki…to było niesamowite:  zobaczyłam ,że ona zobaczyła.  Dla takiego malucha- sralucha wszystko jest niesamowite i zadziwiające. Takie nagłe dostrzeżenie jakiegoś nowego kształtu, czy stworzenia to odkrycie niemal epokowe, a ja zauważyłam ten moment!

6 kwietnia 2014

Kolejne nowe dokonanie…udało się samodzielnie odwrócić na brzuszek.  Leżała sobie na macie i kopała zawzięcie w grającego kraba, gdy robiąc zamach nogami odwróciła główkę w stronę Tv, z którego wydobył się rozdzierający dźwięk rozpoczynających się reklam i tak zupełnie niechcący Iga znalazła się na brzuszku. Zaskoczenie w jej oczach było bezcenne…

10 kwietnia 2014

Od dłuższego czasu walczę z czerwonymi plamami na buzi Igusi, które robią się coraz bardziej czerwone i łuszczące się. Przypuszczam, że to alergia pokarmowa i od trzech tygodni nie jem produktów mlecznych ,ale niewiele to pomaga. Umówiłam się już do alergologa i z małą i z dużą córką. Mała – wiadomo: skóra, a duża – ma ustawiczną chrypkę od października (pediatra i laryngolog stwierdzili, że ni się złego nie dzieje).  Oczywiście trzeba iść prywatnie, bo NFZ proponuje wizytę u alergologa za mniej-więcej 8 miesięcy.

12 kwiecień

No to jednak Atopowe Zapalenie Skóry (na szczęście łagodne) spowodowane alergią pokarmową. Iga dostała leki,maści i kosmetyki, ja natomiast listę zakazów jedzeniowych…hmmm…może trochę schudnę.

14 kwietnia

Emka miała robione testy skórne i wyszły tylko trzy alergeny (pierze, kurz i pleśń). Wszystko by się zgadzało z tą chrypką – w październiku zmieniłam Emce kołdrę i poduszkę na puchowe…Teraz generalne porządki -wywalamy pościel, dywan, koniec z kurzołapami pluszakami oraz innym badziewiem, powystawianym na półki.

 


  • RSS