Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'opieka'.
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

No, pięknie…to się dowiedziałam…

  • Napisane 23 maja 2014 o 08:17

6 miesięcy po porodzie, zdawało mi się, że doszłam do jako- takiego wyglądu, to znaczy, że figura jakoś wróciła do kształtu zblizonego do tego  sprzed ciąży. Okazało się, że jednak zdawałao mi się tylko. Wczoraj w supermarkecie uprzejma pani postanowiła mnie przepuścić w kolejce do kasy, bo – jak powiedziała – mam pierwszeństwo. Fakt, że założyłam bluzkę , którą nosiłam w 5 miesiącu ciąży i może rzeczywiście mój super płaski i wyćwiczony brzuch  z rzeźbą kaloryfera wyglądał nieco ciążowo, ale bez przesady…Jak tylko wróciłam do domu, to natychmiast bluzkę zdjęłam i schowałam  na najwyższą półkę w szafie. Od kilku tygodni ćwiczę dwa razy w tygodniu, ale są to ćwiczenia dal leniwców totalnych, czyli właśnie dla mnie. Cóż z tego, że ćwiczę, skoro wciąż jestem głodna…Igulinka na mej wybujałej piersi odpasiona jest całkiem porządnie i jakoś to mleko trzeba produkować. A w związku z tym, że miała na buzi azs, wyeliminowałam z jadłospisu bardzo wiele produktów – nie jem nic co było krową lub czegoś, co koło krowy się znajdowało, warzywa to też jakaś wybiórcza  nędza, owoce – jabłka, gruszki i morele. Truskawki, które właśnie się pokazały, tylko pachną mi kusząco, gdy szykuję dla T. i Emki. No, cóż  - za rok sobie pojemy te wszystkie pyszności. Teraz mogę tylko nacieszyć oczy.

Igusia zawzięcie ćwiczy siadanie, dziwga się, ale jescze ciężko to idzie. Kilka dni temu Igusia wyszeptała „tatatata”. Mocno była tym zaskoczona, ale zachwyciło ją to bardzo i teraz już artykułuje to pełnm głosem. T. oczywiście zachwycony twierdzi, że juz niedługo będzie z nami rozmawiać. Największą miłością Igi jest Emka, która śpiewa jej piosenki i wykonuje skomplikowane układy taneczne. Na taką rozrywkę Iga reaguje gromki wybuchami radosnego śmiechu. Problem pojawia się jednak, gdy Emka kończy to wszystko i idzie zajmować się swoimi sprawami. Mamusia już nie jest taka interesująca. Mamusia to poprostu obsługa techniczna, a do zabawy najlepsza jest siostra, no…ewentualnie tata.

Obsługa obsługą, ale mama ma być na miejscu, pod ręką. Pozostawienie Igusi bez obsługi technicznej ostatnio stało się niezbyt realne…Wybrałam się do fryzjera, na wizytę czekałam dokładnie 34 dni. Tak, dostać się do na prawdę dobrego fryzjera to prawie jak do lekarza specjalisty na NFZ. Nic to, zęby zacisnęłam, włosy w kucyk uwiązałam i czekałam…nadszedł wreszcie dzień mej przemiany.Roztropnie umówiłam się na godzinę 20, kiedy to latorośl młodsza pogrążona jest w błogim, słodkim śnie, a latorośl starsza w piżamce czyta książkę(cóż za idealny obrazek rodzinnego wieczoru)

Dziecko wykąpane, nakarmione, mleko przez cały dzień doiłam, aby T. w razie potrzeby miał czym zatkać głodne pyszczydło.

Śpi….ja cichutko wymykam się z domu…wolna, swobodna, w samochodzie radio na cały regulator,  w torebce zakazany snickers…jadę. Dotarłam trochę przed czasem, ale to nic, poczytam kolorowe gazety, wciągnę batonika, popiję dla zdrowia zielona herbatką, serwowaną w salonie…Cóż za cudny wieczór.

- Pani na 20? – pyta się uprzejmie recepcjonistka – a telefon zostawiła pani w domu, bo dzwoniłam, żeby uprzedzić. Mąż odebrał.

- Na prawdę? – zaniepokoiłam się. Przez myśl tylko przeszło mi cichutko, że T. nie ma ze mną kontaktu, jakby co…

Siedzę sobie, kolorowy magazyn przegladam, spokojem i zbliżającą się metamorfozą cieszę. W recepcj dzwoni dyskretnie telefon…Nagle cień złowieszczy pochyla się nade mną, wyciągając  przed siebie telefon.

-Do pani, mąż chyba…- a ja w słuchawce słyszę przeraźliwy wrzask Igi, a T. wzywa do natychmistowego powrotu. Próbuję negocjować, ale słyszę, że to już nie płacz, a krzyk straszliwy. Już wiem, że w tym właśnie momencie mój wolny wieczór dobiegł końca. Gdy dojeżdzam do domu krzyki słychać już na 2 piętrze. Nie wiem ,czy to brzuszek, czy może początek ząbkowania, ale nawet pierś nie pomagała.

I tak to właśnie jest. Dziecko nasze przez blisko 6  miesięcy nigdy tak nie płakało, z błogim uśmiechen zapadało wieczorem w o sen, śpiąc prawie do północy. Ale gdy tylko zachciało mi się fryzjera, to córka rzekła, że chciałoby się, o nie ma tak dobrze, siedź na tyłku mama, bo jak nie…Byłam na prawdę wściekła, że nie udało mi usiaść na fotelu. Kiedy Igula , szarpana szlochami wreszcie usnęła, ja usiadłam na kanapie, łykając łzy zawodu i rozczarowania. T. stwierdził, że  i tak wygladam ładnie…jasssssne.

Nastepny termin wizyty u fryzjera za dwa tygodnie…znaowu włosy w kucyk, zęby zacisnę…wytrzymam.

Nudno nie jest

  • Napisane 15 kwietnia 2013 o 11:13

 

Miałam leżeć, mieć zachcianki i być spokojnie w ciąży…ale oczywiście, nie,  nie mogę ani leżeć, ani mieć humorów, dąsów i zachcianek oraz wszelkiego rodzaju kaprysów.

Mąż mój ukochany trzy tygodnie temu był uprzejmy zadbać o uatrakcyjnienie naszego życia codziennego, aby  nie było zbyt nudne i jednostajne. Wszak brak rozrywek i ciekawych przeżyć powoduje frustracje. Dlatego właśnie postanowił zrobić mi na tydzień przed świętami tę uprzejmość i zadzwonił :

-Cześć…tylko się nie denerwuj…-

(zdenerwowałam się)

-  jestem w bielańskim, coś sobie zrobiłem w nogę, zaraz coś mi z nią będą robić…-

(przestałam się denerwować,   bez sensu robić to na zapas…jest w szpitalu, to tylko noga…)

- ale co ci będą robić? Obcinać…co się stało?

-no…złamałem nogę w kostce…będą mi zaraz nastawiać-

(uff…będzie żył)

Za  40 min znowu dzwoni, że już gotowe, że wsiada w taksówkę i wraca do domu.

Co za widok…dżinsy rozcięte , jeden but, prześliczny świeży gips od palcy po tyłek…No bolało go okrutnie, nie mógł się ułożyć, bo ten gips jakiś masakrycznie długi…szkoda mi go było bardzo.

 

No I się zaczęło. Leży taki połamaniec, ledwo do łazienki się porusza, ale potrzeby ma zupełnie jak zdrowy…śniadanko,herbatka, może cytrynka…za kwaśna , więcej cukru; czas na leki,przeciwbólowe, przeciwzapalne,przeciwzakrzepowe, zastrzyk,okład, to może jogurcik…nie, lepiej kawka, a może jest jakieś ciasteczko; pilot za daleko, wody…a nie ma gazowanej? Poduszki sie przesunęły, a może lepiej jeszcze jedna pod tą nogę…kocyk, gazetka, telefon się rozładował…mmm kanapeczka, ale koniecznie z pomidorkiem I cebulką. To może się zdrzemnę…nie mogę, może okna zasłoń, odsłoń jednak, laptop jest w plecaku, popracuję trochę…gdzie kalkulator…jakiś notes jeszcze…

O rzesz…nie,no jeszcze pierwsze dwa dni, to podchodziłam do tematu z wyrozumiałością, uczuciem I empatią…ale po 3- 4 dniach to już poczułam lekką frustrację…Jestem prawdopodobnie najgorszą żoną na świecie, ponieważ pomyślałam sobie, że jakbym miała swego księcia  w domu 24 godziny na dobę do pełnej (prawie) obsługi, to albo bym uciekła porzucając go w chorobie, albo znienawidziłabym siebie, jego i cały świat…

Po  dwóch tygodniach kolejna kontrola, T. truchcikiem na kulach wchodzi do gabinetu, obiecując, że wyjdzie już z krótkim gipsem. Ja w bufecie zajadam kanapeczkę z tuńczykiem, dbając o prawidłowy rozwój fasolki, przeglądam gazetę…telefon dzwoni.

-   Wracaj szybko…-słyszę zbolały głos – połykam resztę kanapki I lecę, bo może faktycznie będzie miał już krótki gips, może trzeba mu pomóc przejść do innego gabinetu…siedzi na korytarzu, bledziutki I zmartwiony…

- No co tam?

-Konsultacja u ordynatora, coś jest nie tak ze stawem skokowym…prawdopodobnie operacja- informuje mnie mąż słabym głosem.

Po konsultacji oraz trzygodzinnym czekaniu, ustalono, ze następnego dnia zrobią mu operację – jakaś mała blaszka, śrubka, rurka, drucik I będzie cud, miód malina…Przewrotnie, zdradziecko I nazwijmy prawdę po imieniu…po prostu podle, pomyślałam sobie, że kliku dniowy pobyt w szpitalu, na pewno poprawi kondycje złamanej stopy mojego męża. Ale, nie…nie ma tak dobrze, na drugi dzień po operacji do domu…

W kolejnym tygodniu musiałam już jeździć do firmy, papiery, rozliczenia, dokumenty, trochę pomagałam pracownikowi, w międzyczasie lekarz, badania, zebranie w szkole…a na deser oraz w nagrodę za dobre sprawowanie otrzymałam fantastyczną, gwałtowną I całkowicie zwalającą z nóg anginę….

Zaległam w czwartek o świcie, nie mogąc ruszyć nawet palcem…T. musiał odprowadzić Emkę, wyjść z psem,  zrobić zakupy, zawieźć mnie do przychodni, wykupić leki, odebrać Emkę,  na szczęście tylko odgrzać obiad, dopilnować odrabiania lekcji, kąpieli, pory spania, wieczornego spaceru z psem o raz posprzątania kuchni…

A ja w siódmym lub ósmym tygodniu ciąży zajadam się antybiotykami, po prostu cudownie…choć już dziś nie jest źle, a co najlepsze – T. poszedł do pracy!!!!

 



  • RSS