Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'podatek'.
Wyświetlam 1 notkę

Parkingowe akrobacje

  • Napisane 30 kwietnia 2013 o 11:30

Tydzień zaczął się średnio. Nie dość, że pogoda na długi weekend zapowiada się byle jaka, to jeszcze okazało się, że nie mamy w tym roku zwrotu nadpłaconego podatku, tylko jeszcze musimy dopłacić!!! Zabolało nas to mocno. Zawsze zwrot z podatku przeznaczany był w naszej rodzinie jako ekstra kasa na wakacje, tu dupa zbita  – nic z tego nie będzie. Jakoś trudno mi przejść do porządku dziennego nad tym newsem.

 

Moje poirytowanie wczorajszego dnia sięgnęło zenitu,  gdy wyjeżdżając po południu z osiedlowego parkingu musiałam się nagimnastykować jak akrobata, bo szanowni panowie rozwożący pizzę, tak mnie zastawili, że mało  się nie popłakałam próbując wyjechać i nie uszkodzić samochodu z lewej, z prawej oraz, najbardziej złośliwie zaparkowanego  w odległości 15 cm od mojego zderzaka, samochodu po prawej stronie  z tyłu. Palant jakiś stał na wprost mojej przedniej szyby i uśmiechał się z politowaniem. A gdy już cudem jakimś wyjechałam nie robiąc ani sobie ani nikomu żadnej krzywdy, plant ów wyjął kluczyki i  podszedł do tego samochodu, który właśnie najbardziej przeszkadzał mi w wyjechaniu z tego pieprzonego parkingu. Tak, tak  od razu poczuł się lepiej, dowartościował się zapewne, on to by wyjechał w 10 sekund, mmmm…jakim jest wspaniałym kierowcą, a nie to co baba!!!  On zapewne urodził się z kierownicą w dupie,  ale za to bez gustu I poczucia smaku, bo miał za krótkie spodnie I białe skarpetki.

 

Gdy już zaparkowałam w miejscu docelowym oraz pozałatwiałam wszystkie sprawy, które miałyśmy wraz z mamą tego po południa pozałatwiać, nastąpiła kolejna trudna chwila w tym dniu. Mianowicie zbulwersowana postawą palanta z parkingu pod domem, postanowiłam udowodnić sobie, że wyjazd z ciasnego parkingu nie jest dla mnie niczym trudnym ani strasznym. I tak zaczęłam wyjeżdżać  i  kombinować, że po trzech próbach wyjechania z bezmyślnie wcześniej wybranego miejsca, zakleszczyłam się tak, że zastawiłam uliczkę oraz nie mogłam (oczywiście biorąc pod uwagę swoje kompetencje) ruszyć ani do przodu ani do tyłu…mama cierpliwie, patrząc przez ramie i nie posiadając uprawnień kierowcy, namawiała mnie, żebym jednak wyjechała z tego parkingu, bo mamy jeszcze w planach zakupy…Postanowiłam, że nie zdenerwuję się ani trochę, bo to zupełnie w niczym mi nie pomoże…obeszłam rozkraczony na środku samochód , stwierdziłam, że na pewno nie wyjadę, nie naruszając polisy OC. Wsiadłam do środka i włączyłam światła awaryjne…po chwili nadjechał samochód, którego kierowca niewątpliwie chciał przejechać dalej…wyskoczyłam więc na ulicę i truchcikiem (licząc w duchu , że jednak będzie to jakiś uprzejmy i miły pan) podbiegłam do niego I z wdziękiem i pokorą uprosiłam, żeby  zechciał (jednak  mężczyzna) Pan pomóc mi wyjechać z tej okrutnej pułapki…Pan okazała się prawdziwym rycerzem, natychmiast porzucił swój pojazd i z uśmiechem i  zadowoleniem w oczach przejął kluczyki. Skomentował uprzejmie i szarmancko, że rzeczywiście  mocno się zakleszczyłam. Rycerz mój wykonując: pięć  ruchów kierownicą, dwa  podjazdy oraz trzy delikatne wycofania uwolnił mój samochód z parkingowej pułapki .

Pan był na prawdę bardzo miły, uprzejmy, nie patrzył na mnie z pogardą i wyższością, tylko pomógł i nawet wyglądał na zadowolonego,  co dowodzi na prawdziwość słów, że mężczyźni na prawdę lubią czuć się potrzebni…I tak jedno popołudnie i byłam świadkiem dwóch jakże różnych męskich postaw wobec   „baby za kierownicą”…


  • RSS