Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'rodzina'.
Wyświetlam 1 - 6 z 6 notek

No, pięknie…to się dowiedziałam…

  • Napisane 23 maja 2014 o 08:17

6 miesięcy po porodzie, zdawało mi się, że doszłam do jako- takiego wyglądu, to znaczy, że figura jakoś wróciła do kształtu zblizonego do tego  sprzed ciąży. Okazało się, że jednak zdawałao mi się tylko. Wczoraj w supermarkecie uprzejma pani postanowiła mnie przepuścić w kolejce do kasy, bo – jak powiedziała – mam pierwszeństwo. Fakt, że założyłam bluzkę , którą nosiłam w 5 miesiącu ciąży i może rzeczywiście mój super płaski i wyćwiczony brzuch  z rzeźbą kaloryfera wyglądał nieco ciążowo, ale bez przesady…Jak tylko wróciłam do domu, to natychmiast bluzkę zdjęłam i schowałam  na najwyższą półkę w szafie. Od kilku tygodni ćwiczę dwa razy w tygodniu, ale są to ćwiczenia dal leniwców totalnych, czyli właśnie dla mnie. Cóż z tego, że ćwiczę, skoro wciąż jestem głodna…Igulinka na mej wybujałej piersi odpasiona jest całkiem porządnie i jakoś to mleko trzeba produkować. A w związku z tym, że miała na buzi azs, wyeliminowałam z jadłospisu bardzo wiele produktów – nie jem nic co było krową lub czegoś, co koło krowy się znajdowało, warzywa to też jakaś wybiórcza  nędza, owoce – jabłka, gruszki i morele. Truskawki, które właśnie się pokazały, tylko pachną mi kusząco, gdy szykuję dla T. i Emki. No, cóż  - za rok sobie pojemy te wszystkie pyszności. Teraz mogę tylko nacieszyć oczy.

Igusia zawzięcie ćwiczy siadanie, dziwga się, ale jescze ciężko to idzie. Kilka dni temu Igusia wyszeptała „tatatata”. Mocno była tym zaskoczona, ale zachwyciło ją to bardzo i teraz już artykułuje to pełnm głosem. T. oczywiście zachwycony twierdzi, że juz niedługo będzie z nami rozmawiać. Największą miłością Igi jest Emka, która śpiewa jej piosenki i wykonuje skomplikowane układy taneczne. Na taką rozrywkę Iga reaguje gromki wybuchami radosnego śmiechu. Problem pojawia się jednak, gdy Emka kończy to wszystko i idzie zajmować się swoimi sprawami. Mamusia już nie jest taka interesująca. Mamusia to poprostu obsługa techniczna, a do zabawy najlepsza jest siostra, no…ewentualnie tata.

Obsługa obsługą, ale mama ma być na miejscu, pod ręką. Pozostawienie Igusi bez obsługi technicznej ostatnio stało się niezbyt realne…Wybrałam się do fryzjera, na wizytę czekałam dokładnie 34 dni. Tak, dostać się do na prawdę dobrego fryzjera to prawie jak do lekarza specjalisty na NFZ. Nic to, zęby zacisnęłam, włosy w kucyk uwiązałam i czekałam…nadszedł wreszcie dzień mej przemiany.Roztropnie umówiłam się na godzinę 20, kiedy to latorośl młodsza pogrążona jest w błogim, słodkim śnie, a latorośl starsza w piżamce czyta książkę(cóż za idealny obrazek rodzinnego wieczoru)

Dziecko wykąpane, nakarmione, mleko przez cały dzień doiłam, aby T. w razie potrzeby miał czym zatkać głodne pyszczydło.

Śpi….ja cichutko wymykam się z domu…wolna, swobodna, w samochodzie radio na cały regulator,  w torebce zakazany snickers…jadę. Dotarłam trochę przed czasem, ale to nic, poczytam kolorowe gazety, wciągnę batonika, popiję dla zdrowia zielona herbatką, serwowaną w salonie…Cóż za cudny wieczór.

- Pani na 20? – pyta się uprzejmie recepcjonistka – a telefon zostawiła pani w domu, bo dzwoniłam, żeby uprzedzić. Mąż odebrał.

- Na prawdę? – zaniepokoiłam się. Przez myśl tylko przeszło mi cichutko, że T. nie ma ze mną kontaktu, jakby co…

Siedzę sobie, kolorowy magazyn przegladam, spokojem i zbliżającą się metamorfozą cieszę. W recepcj dzwoni dyskretnie telefon…Nagle cień złowieszczy pochyla się nade mną, wyciągając  przed siebie telefon.

-Do pani, mąż chyba…- a ja w słuchawce słyszę przeraźliwy wrzask Igi, a T. wzywa do natychmistowego powrotu. Próbuję negocjować, ale słyszę, że to już nie płacz, a krzyk straszliwy. Już wiem, że w tym właśnie momencie mój wolny wieczór dobiegł końca. Gdy dojeżdzam do domu krzyki słychać już na 2 piętrze. Nie wiem ,czy to brzuszek, czy może początek ząbkowania, ale nawet pierś nie pomagała.

I tak to właśnie jest. Dziecko nasze przez blisko 6  miesięcy nigdy tak nie płakało, z błogim uśmiechen zapadało wieczorem w o sen, śpiąc prawie do północy. Ale gdy tylko zachciało mi się fryzjera, to córka rzekła, że chciałoby się, o nie ma tak dobrze, siedź na tyłku mama, bo jak nie…Byłam na prawdę wściekła, że nie udało mi usiaść na fotelu. Kiedy Igula , szarpana szlochami wreszcie usnęła, ja usiadłam na kanapie, łykając łzy zawodu i rozczarowania. T. stwierdził, że  i tak wygladam ładnie…jasssssne.

Nastepny termin wizyty u fryzjera za dwa tygodnie…znaowu włosy w kucyk, zęby zacisnę…wytrzymam.

Nie dzieje się nic

  • Napisane 13 maja 2014 o 09:05

Pasowanie na harcerza mamy już za sobą. Było bardzo uroczyście i wzruszająco. Emka przejęta prawie do nieprzytomności, z poważną, grobową miną i malinowymi wypiekami na policzkach składała kwiaty pod pomnikiem. Igula dzielnie to wszystko znosiła, robiąc sobie dyskretną, niedługą drzemkę, spacerując pomiędzy grobami powstańców.

Emka niepokorna, jakiś bunt silniejszy przechodzi.  Trochę sie popsuła – więcej siedzi przy komputerze, mniej chętnie bierze sie za naukę, za to chętniej strzela na oślep ulubionym  wszystkich dzieci  słowem – „nie”. A moja cierpliwość jest już na takiej rezerwie, że ciągnę na oparach. Nie mogę jednak tylko narzekać, bo chociarz niepokornajest i zbuntowana, to przynosi prawie  same piątki (zdolna bestia…)

Igula przekłada już zabawki z jednej rączki do drugiej, dziwiga i podciąga plecki  w górę- jeszcze chwila i bedzie siedziała. Gdy podałam jej nowy gryzaczek, to chwyciła i z zawzięciem zaczęła nim potrząsać, ewidentnie oczekując grzechotania, gdy nie odnotowała oczekiwanego efektu, porzuciła nudne badziwie w kąt. Najlepszą, najciekawszą i najukochańszą zabawką( oprócz Żyrafki Sophie) jest pusta, pognieciona, koniecznie nebieska, butelka po wodzie mineralnej – jak wiadomo, inteligentni ludziesię nie nudzą. A ja,  dzięki tej fantastycznej zabawce mogę czasm  zjeść śniadanie, albo powiesić pranie.

Igusia  - pulpecik tłuściutki  - słodycz sama…te wałeczki na udkach, ta dupinka mięciutka i pulchniutka, paluszki, jak serdelki, ozdobione przy kosteczkach dołeczkami…, uśmiecha się bezzębnie, nawołuje i i gulga. Ale nie zwiodą mnie te czary…wiem, że to tylko tak na chwileczkę, na momencik, a za parę lat też będzie bunt i pyskówa. Ale teraz jest słodko…

 

 

 

Nudno nie jest

  • Napisane 15 kwietnia 2013 o 11:13

 

Miałam leżeć, mieć zachcianki i być spokojnie w ciąży…ale oczywiście, nie,  nie mogę ani leżeć, ani mieć humorów, dąsów i zachcianek oraz wszelkiego rodzaju kaprysów.

Mąż mój ukochany trzy tygodnie temu był uprzejmy zadbać o uatrakcyjnienie naszego życia codziennego, aby  nie było zbyt nudne i jednostajne. Wszak brak rozrywek i ciekawych przeżyć powoduje frustracje. Dlatego właśnie postanowił zrobić mi na tydzień przed świętami tę uprzejmość i zadzwonił :

-Cześć…tylko się nie denerwuj…-

(zdenerwowałam się)

-  jestem w bielańskim, coś sobie zrobiłem w nogę, zaraz coś mi z nią będą robić…-

(przestałam się denerwować,   bez sensu robić to na zapas…jest w szpitalu, to tylko noga…)

- ale co ci będą robić? Obcinać…co się stało?

-no…złamałem nogę w kostce…będą mi zaraz nastawiać-

(uff…będzie żył)

Za  40 min znowu dzwoni, że już gotowe, że wsiada w taksówkę i wraca do domu.

Co za widok…dżinsy rozcięte , jeden but, prześliczny świeży gips od palcy po tyłek…No bolało go okrutnie, nie mógł się ułożyć, bo ten gips jakiś masakrycznie długi…szkoda mi go było bardzo.

 

No I się zaczęło. Leży taki połamaniec, ledwo do łazienki się porusza, ale potrzeby ma zupełnie jak zdrowy…śniadanko,herbatka, może cytrynka…za kwaśna , więcej cukru; czas na leki,przeciwbólowe, przeciwzapalne,przeciwzakrzepowe, zastrzyk,okład, to może jogurcik…nie, lepiej kawka, a może jest jakieś ciasteczko; pilot za daleko, wody…a nie ma gazowanej? Poduszki sie przesunęły, a może lepiej jeszcze jedna pod tą nogę…kocyk, gazetka, telefon się rozładował…mmm kanapeczka, ale koniecznie z pomidorkiem I cebulką. To może się zdrzemnę…nie mogę, może okna zasłoń, odsłoń jednak, laptop jest w plecaku, popracuję trochę…gdzie kalkulator…jakiś notes jeszcze…

O rzesz…nie,no jeszcze pierwsze dwa dni, to podchodziłam do tematu z wyrozumiałością, uczuciem I empatią…ale po 3- 4 dniach to już poczułam lekką frustrację…Jestem prawdopodobnie najgorszą żoną na świecie, ponieważ pomyślałam sobie, że jakbym miała swego księcia  w domu 24 godziny na dobę do pełnej (prawie) obsługi, to albo bym uciekła porzucając go w chorobie, albo znienawidziłabym siebie, jego i cały świat…

Po  dwóch tygodniach kolejna kontrola, T. truchcikiem na kulach wchodzi do gabinetu, obiecując, że wyjdzie już z krótkim gipsem. Ja w bufecie zajadam kanapeczkę z tuńczykiem, dbając o prawidłowy rozwój fasolki, przeglądam gazetę…telefon dzwoni.

-   Wracaj szybko…-słyszę zbolały głos – połykam resztę kanapki I lecę, bo może faktycznie będzie miał już krótki gips, może trzeba mu pomóc przejść do innego gabinetu…siedzi na korytarzu, bledziutki I zmartwiony…

- No co tam?

-Konsultacja u ordynatora, coś jest nie tak ze stawem skokowym…prawdopodobnie operacja- informuje mnie mąż słabym głosem.

Po konsultacji oraz trzygodzinnym czekaniu, ustalono, ze następnego dnia zrobią mu operację – jakaś mała blaszka, śrubka, rurka, drucik I będzie cud, miód malina…Przewrotnie, zdradziecko I nazwijmy prawdę po imieniu…po prostu podle, pomyślałam sobie, że kliku dniowy pobyt w szpitalu, na pewno poprawi kondycje złamanej stopy mojego męża. Ale, nie…nie ma tak dobrze, na drugi dzień po operacji do domu…

W kolejnym tygodniu musiałam już jeździć do firmy, papiery, rozliczenia, dokumenty, trochę pomagałam pracownikowi, w międzyczasie lekarz, badania, zebranie w szkole…a na deser oraz w nagrodę za dobre sprawowanie otrzymałam fantastyczną, gwałtowną I całkowicie zwalającą z nóg anginę….

Zaległam w czwartek o świcie, nie mogąc ruszyć nawet palcem…T. musiał odprowadzić Emkę, wyjść z psem,  zrobić zakupy, zawieźć mnie do przychodni, wykupić leki, odebrać Emkę,  na szczęście tylko odgrzać obiad, dopilnować odrabiania lekcji, kąpieli, pory spania, wieczornego spaceru z psem o raz posprzątania kuchni…

A ja w siódmym lub ósmym tygodniu ciąży zajadam się antybiotykami, po prostu cudownie…choć już dziś nie jest źle, a co najlepsze – T. poszedł do pracy!!!!

 


Nic ważnego…

  • Napisane 25 listopada 2012 o 18:37

Królewna męczy mnie już jakiś czas o kolejne zwierzę, które mogłoby zamieszkać w naszym królestwie na 10 piętrze. Ubzdurała sobie króliczka. Ja też należę do wielbicieli wszelkiej maści sierściuchów, głównie psów, więc dałam się przekonać. Poczytałam jednak sobie o królikach i chyba się jednak nie zdecyduję…

Nie będę jednak taka okrutna i będziemy mieć świneczki…Trafiłam w necie na stronę Stowarzyszenia Pomocy  świnkom Morskimi już jesteśmy po pierwszych rozmowach. Królewna upatrzyła sobie dwie starsze świnki (cudne!!!) i te właśnie mamy zamiar adoptować. Świniaczki są, co prawda trochę starsze (2 i 3 lata), ale bardzo urocze i oswojone,  a najważniejsze,że akceptują psy. Troszkę się tylko obawiam, że świneczki nie pożyją jakoś szczególnie długo i rozpacz wówczas będzie straszliwa…ale Emka(tzn. Królewna, bo mówi, że już ma 8 lat i nie wypada mówić o niej Królewna…) pokochała już świniulki całym sercem.

- to co, że są już bardzo dorosłe, tym bardziej musimy je zabrać i dać im prawdziwy dom, mamo!

-a może chciałabyś jakieś maluchy…- próbowałam ja przekonać, pełna obaw o czas pobytu na ziemskim padole tych zwierzątek

- nie i koniec kropka. ( jeszcze nie dawno przy tym zwrocie Emka mówiła tak : „koniec,kropka pl)Ja chcę te dwie, bo ich nikt nie chce, wszyscy chcą maluchy, bo są słodkie, a ja chce te, których nikt nie kocha…mamuś, proooooszę….- przemawiało moje kochane dobre serduszko.

(Czasem to na prawdę pękam z poczucia dumy i szczęścia, że Emka jest takim dobrym i mądrym dzieckiem….)

Tak więc mają być dwie świńskie przyjaciółki, bo podobno kochają się bardzo i adoptować można je tylko razem. Decyzja zapadła, Emka z T. po dzisiejszym basenie właśnie pojechali zakupić niezbędny osprzęt. Emka wyjęła ze skarbonki wszystkie swoje zaoszczędzone pieniądze i powiedziała, ze wszystko kupuje za własną kasę…Załatwiła też z moimi rodzicami kwestię opieki nad owymi świntuszkami, w razie naszych wyjazdów. Mój ojciec nawet obiecał, że będzie świniom opowiadał bajki i śpiewał kołysanki, co Emka – Królewna przyjęła z wyraźnym zadowoleniem.

Jutro czeka nas wizyta przed adopcyjna i jeśli warunki zamieszkani świnek będą odpowiednie to już w tym najbliższym tygodniu nasze Królestwo zamieszkają dwa morskie prosięta…zobaczymy tylko, co na to powie nasza sunia…

Ja wiem, że to będzie kolejny obowiązek do mojej listy, ale co tam! Niech dzieciak ma zwierzyniec, to jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a kiedy ma hodować zwierzaki, jak nie teraz? Nie ma rodzeństwa  i nic się nie zapowiada, żeby to miała się tasutuacja zmienić, to niech chociaż otaczają ją sierściuchy, które będzie mogła kochać mocno i dbać, tak jak potrafi. A my będziemy jej w tym pomagać i jak znam życie też pokochamy te dwie kudłate dziewuszki…

T. powiedział, że świnki mogą być i obiecał  Emce, że będzie je kochał i czasem pomagał w sprzątaniu klatki.  Emka już od piątku nie mówi o niczym innym i jest radosna i szczęśliwa, jak skowronek.

A ja,  tak  siedzę sama i myślę, że mam fajną rodzinę…dzieciak szczęśliwy, mąż kochany i akceptujący wszystkie nasze szalone pomysły, pomaga Emce właśnie wybrać kolor legowiska i rodzaj miseczek…jakby to był najważniejszy projekt do zrealizowania w najbliższym półroczu…i niby nic ważnego się nie stało, a to, co teraz czuję, to chyba jest  właśnie szczęście….

Poproś mamusię…

  • Napisane 19 listopada 2012 o 13:16

Wczoraj wybraliśmy się na niedzielny obiad do teściów. Dla naszej Królewny atrakcją tego spotkania miała być ciocia z nowym, kilkutygodniowym dzieckiem. Była bardzo przyjemnie i wesoło, szczególnie wtedy, gdy brałam malucha na ręce, a on uprzejmie za każdym razem ulewał nieprzetrawione mleko na moje ramię…Królewnie podobała się ta żywa lalka, ale nie wykazywała histerycznego zachwytu nad noworodkiem(ku mojej uldze…).

Dziecko, jak dziecko…ładne malutkie i cieplutkie, ale mnie też nie porwało…i nie doznałam nagłej potrzeby urodzenia i posiadania podobnego brzdąca. Pomijam, że na tą chwilę nie jest to pomysł realny i odpowiedzialny…

Dziką chęć i potrzebę posiadania młodszego rodzeństwa Królewna przeżyła mniej więcej rok temu, gdy dwie nasze zaprzyjaźnione rodziny wydały na świat śliczne bobaski….godziny rozmów,opowieści i tłumaczeń dlaczego nie możemy mieć kolejnego dziecka, rozmowy o plusach i minusach posiadania młodszego rodzeństwa przyniosły  efekt i na tą chwilę Królewna już ze spokojem reaguje na małe dzieci. Wiem ,że byłaby fantastyczną starszą siostrą  i może byłaby szczęśliwszym dzieckiem, jeśli miałaby rodzeństwo, ale moje życie zawodowe ( czyli brak etatu i sporadyczne dorabianie zleceniami) i strach o finansową przyszłość naszej rodziny,  spowodowały ciągłe odkładanie w czasie decyzji o drugim dziecku. W końcu ustaliliśmy z Królewną, że nasza strategia to ” jeśli nie będzie rodzeństwa to nie będziemy się martwić, ale jeśli się będzie miało pojawić, to będziemy się cieszyć”.

Trwało to dłuższy czas i serce czasem mi pękało, gdy Królewna ze łzami w oczach mówiła o braciszku lub siostrzyczce…ale ten etap mamy już za sobą.

Tak, ale mój teść, który pała wprost dziką potrzebą posiadania wnuka płci męskiej, całą ( no może przesadzam) wczorajszą wizytę prowadził z Królewna rozmowy…

-No…podoba ci się taki dzidziuś? Śliczny, prawda?

-śliczny…- przytaknęła Królewna

- No to poproś mamusię, niech ci takiego braciszka urodzi!- wykrzyknął radośnie dziadek, a mnie jakby ktoś w pysk dał, ale nie odzywam się i udaje,ze w ogólnym zamieszaniu nie słyszę tej rozmowy…

- Dziadku…-rzekła z politowaniem Królewna – co, ty nie wiesz, że to nie wystarczy poprosić, to nie takie proste- rzekła moja mądra córka

Teść/dziadek jeszcze kilkakrotnie podczas tej wizyty przekonywał Królewnę do namawiania mamusi na braciszka, ale Królewna nie dawała się już wciągnąć w dyskusję na ten temat…muszę przyznać, że w tym czasie targały mną dwa uczucia: wściekłości, że temat teść rozdrapuje i ogromnej dumy z mojej małej dzielnej córeczki, która, według mnie, wykazała się ogromną dojrzałością i mądrością, jak na ośmiolatkę i nie wdała się już więcej w rozmowę z dziadkiem na ten temat.

Moja kochana, mądra córeczka…a może nadal bardzo by chciała mieć rodzeństwo, tylko już nie wierzy w spełnienie tego marzenia.. ? Tego nie wiem i chyba boję się zapytać….

Wielkiej krzywdy nie ma…

  • Napisane 15 listopada 2012 o 12:34

Spotkałam ostatnio pewną panią na swoim osiedlu. Ja wracałam z naszym sierściuchem z wieczornego spaceru, ona „szwendała” się nie wiem w jakim celu ,ze swoim najstarszym dzieckiem, dźwigając przed sobą ciężarny brzuch. Zazwyczaj, gdy tylko ją widzę zmieniam trasę…a dlaczego?

No właśnie, tu naszły mnie pewne wspomnienie sprzed około dwóch lat… Długo by pisać i wyjaśniać.  W skrócie mogę powiedzieć, że musiałam uciąć kontakt wszelaki, ponieważ owa Pani, wyczuwając moje miękkie serce wyciągała ode mnie z trudem przydźwigane zakupy oraz gotówkę z portfela…powołując się oczywiście na brak pracy męża (ona nie pracuje z zasady, bo wychowuje czwórkę dzieci…), niewielki zasiłek rodzinny oraz cztery głodne i nieszczęśliwe dziecięce paszcze…

Najpierw poznałam jej najstarszą córkę (nazwijmy ją Kasią). Kasia przylgnęła do naszej Królewny pewnego wiosennego dnia na placu zabaw. Królewna kończyła wówczas przedszkole, a Kasia właśnie powtarzała pierwszą klasę . Dzieciak przykleił się do nas, tak, że wkrótce czekała na nas pod blokiem, by wspólnie iść na pac zabaw. Bardzo szybko Kasia odwiedziła nas w domu…nie mogę złego słowa powiedzieć, bo dziecko grzeczne i miłe, ale…po drugiej wizycie,  mama Kasi zaczęła codziennie przyprowadzać ją do nas po szkole…byłam lekko zaskoczona, ale dziewczynka tak prosiła, żeby u nas pobyć, że nie miałam serca jej odmawiać. Jadła  u nas,bawiła się , doszło w końcu do tego, że zamiast poświęcać popołudnie swojemu dziecku, odrobiłam lekcje z Kasią…

Za odwiedzinami dziecka przyszły odwiedziny mamusi, w celach uzyskania wsparcia żywnościowego lub (znacznie chętniej) gotówkowego. Nie wiem, jak to się dzieję, że takie  osoby w sposób wprost genialny manipulują ludźmi. W moim przypadku dotarło do mnie, że utrzymuję dwa gospodarstwa domowe, gdy po kolejnej niespodziewanej wizycie zostałam bez zrobionych właśnie zakupów oraz jakiejkolwiek gotówki . Postanowiłam to zakończyć tak szybko, jak to tylko możliwe.

W tym czasie Kasia jednak trochę opowiadała o swojej rodzinie… m.in. , że kiedyś  to mieli trzypokojowe mieszkanie, potem zamienili się na dwa pokoje, a teraz to mają kawalerkę ze ślepą kuchnią….że mama tylko krzyczy, bije po głowie i ciągnie za nos, albo straszy , że odda do domu dziecka, jak ciocia Basia Ewelinkę… Wysłuchawszy tych rewelacji, zawiadomiłam szkolnego pedagoga. Szkoła podobno zna  rodzinę i będzie monitorować sytuację…Podobno biednie, skromnie, ale poważna krzywda się tam nie dzieje…że rodzice nieudolni i nieprzystosowani, ale dzieci czyste i nakarmione…no cóż, pewnie tak, ale czy tylko o to chodzi?

Kontakt udało mi się przeciąć, odmawiając kilkakrotnie wsparcia finansowego. Wiem, że owa Pani co chwila znajduje sobie podobne wsparcie. Kasia nie chodzi już do naszej osiedlowej szkoły, stwierdzono u niej poważny niedosłuch i chodzi już do szkoły specjalnej…kolejne dziecko – pięcioletni Adaś ma stwierdzony ciężki autyzm, kolejne-czteroletnia Gosia – autyzm i zaburzenia objawiające się autoagresją, tylko najmłodsze, dwuletnie jest zdrowe (albo jeszcze nic nie zdiagnozowano…). Dzieci siedzą w swoich łóżeczkach , bo przecież w 30 metrowej kawalerce , według owej pani, nie da się puścić luzem czwórki dzieci . Na spacery też nie chodzi, bo jak z taką liczbą drobiazgu? Za chwilę będzie tam piąte, maleńkie dziecko…i jakoś to będzie… becikowe dadzą, zasiłek zwiększą…może dzielnica mieszkanie większe  wreszcie da…?

Mieszka ta rodzina na parterze w  sąsiednim bloku, okna pootwierane, słychać więc dobrze tą miłość matczyną do chorych dzieci (wrzaski i wyzwiska , brak cierpliwości). Ostatnio ktoś zadzwonił do Ośrodka Pomocy Społecznej, że dzieci siedzą na parapecie bez opieki…niby parter, ale jak spadnie, może być nieszczęście…OPS założył im siatkę w oknie, by zapewnić bezpieczeństwo (?) dzieciom. I niby nic złego się nie dzieje, dzieci czyste, nakarmione, leki mają, zabawki też jakieś są, matka zawsze trzeźwa, ojciec pije trochę więcej (ale któż by nie pił…?), pracy nie mają (ale praca wszak to dzisiaj luksus…) wielkiej krzywdy nie ma…niech rodzi piąte, szóste …państwo dołoży, ktoś zakupy zrobi, ktoś pożyczy na wieczne nieoddanie…siódme, ósme- to już na pewno dzielnica mieszkanie da, a i z głodu też nie pomrą…

Galvena


  • RSS